Wciąż trwa 73. rocznica Powstania Warszawskiego. Z przyjemnością widzę coraz więcej wywieszonych przez mieszkańców Warszawy flag na pamiątkę wszystkich 63 dni Powstania, co dawniej zdarzało się jedynie sporadycznie. Jakkolwiek z tym wywieszaniem flag w święta narodowe i ważne rocznice ciągle jest bardzo kiepsko, a już szczególnie w domach z moskiewskiej wielkiej płyty. W moim domu – bo przypadł mi los zamieszkania w takim właśnie wielkopłytowcu – jest to góra 5 flag na 121 mieszkań, a w podobnym mrowiskowcu naprzeciwko zawsze wiszą jedynie trzy na 60 mieszkań. Ale cóż – może właśnie tak nikły jest procent Polaków nie wstydzących się przyznać do swego patriotyzmu.

Rzadko się zdarza, iżby móc niejako przeżywać Powstanie Warszawskie nieomal dzień po dniu, przez kolejne fazy jego rozwoju, kulminacji i wrześniowe dni jego długotrwałego upadku, aż po podpisaną w Ożarowie kapitulację. Była taka okazja przed kilku laty, kiedy to Radosław Kieryłowicz stworzył publikację multimedialną o Powstaniu, która dawała możliwość śledzenia działań i walk dzień po dniu, zawierała sporą liczbę map, ukazujących zdobycze powstańców, zasięg ich panowania, przez pierwsze dwie dekady sierpnia szybko się powiększający, a później  redukujący się, ale tylko do pewnych granic, gdyż  do końca zachowali oni pewien stan posiadania i tylko świadomość braku jakiejkolwiek szansy na zwycięstwo zadecydowała o jego zakończeniu.

W krążku, wytłoczonym w 3 tys. egzemplarzy, była nawet symulacja filmowa wybuchu wielkiego pocisku, który trafił w budynek Prudentialu, tak dobrze skonstruowany, że nadal górował nad powstańczym śródmieściem. I olbrzymia liczba zdjęć Stefana Bałuka (1914-2014), powstańczego fotografika,  dokumentalisty i specjalisty w dziedzinie mikrofotografii (m.in. zdokumentował przed wybuchem Powstania system umocnień niemieckich), który udzielił autorowi publikacji prawa do wykorzystania w niej zdjęć con amore. Wspominam o tym krążku, który był przez pewien czas najlepiej sprzedającym się utworem w sklepiku Muzeum Powstania Warszawskiego – sprzedano tam ponad połowę nakładu czyli dobrze ponad 1600 egzemplarzy. Wspominam o tym dlatego, że być może znajdzie się jeszcze powód i okazja, by dotłoczyć pewną liczbę egzemplarzy, bo przecież przychodzą nowe roczniki młodzieży, od kołyski niemal zrośniętej z komputerem, tabletem i smartfonem. A także dlatego, że dołożyłem tam również swoje trzy grosze.

6 września w naszym Klubie Publicystyki Kulturalnej mogliśmy w jeszcze inny sposób przeżyć na nowo dni powstańcze, dzięki spotkaniu z panią Aliną Witkowską, przewodniczką z Muzeum Powstania Warszawskiego. Szczerze przyznam, że miałem pewne wątpliwości co do tego, czy jest to dobry pomysł, autorstwa naszej przewodniczącej Teresy Kaczorowskiej, ale w miarę przebiegu spotkania musiałem się ich pozbyć. Jeszcze na początku, gdy prelegentka zarysowała sytuację przed Sierpniem ’44, z konieczności powtarzając znane fakty, można było być pełnym obaw. Ale w miarę rozwijania się opowieści i zagęszczania się opowiadanych wydarzeń, widać było, że pani Witkowska ma dar mówienia w taki sposób, że rzeczy z grubsza, mniej lub więcej znane nabierają nowego blasku i znaczenia.

W pewnej chwili na przykład powołała się na swoje kontakty z powstańcami-kombatantami, którzy wielekroć jej powtarzali: Chcieliśmy wolność zawdzięczać sobie samym. I wszyscy, bez wyjątku, oświadczali, że wybuch Powstania to najważniejszy dzień, a ono samo – to najważniejszy okres w ich życiu. No i ten ogromny entuzjazm pierwszych dni: poczucie wolności, bycia u siebie, polskie flagi, biało-czerwone opaski, ogromna ulga po czasie czarnego, potwornego terroru i zniewolenia. Nadzieja zwycięstwa. Miało przyjść w ciągu najbliższych dni… Zaszumiała im wolna Polska…                                                                                                                           Do 5 sierpnia – przypomniała mówczyni – powstańcy zdobyli 2/3 Warszawy: Śródmieście, Powiśle, Czerniaków, Żoliborz, Stare Miasto.  Zdobyte placówki: poczta, Prudential, na którego szczycie powiewała biało-czerwona, zwycięska flaga, elektrownia na Powiślu. 4-5sierpnia pierwsze zrzuty broni(od  aliantów).Walka najważniejsza, ale wielce istotna była praca na zapleczu – przede wszystkim produkcja broni, której tak strasznie brakowało. Polskie steny, granaty-sidolówki, butelki z benzyną. To się w Polsce powtarza przez stulecia: poszli chłopcy w bój bez broni… Czy dlatego tak wielu ich zginęło? Na pewno też i dlatego…                                                                                                                                 Siły były nierówne. Do Powstania 1 sierpnia poszło 25 tys. żołnierzy (z 50 tys. w ogóle). Niemcy mieli 50 tys. żołnierzy w pełni uzbrojonych, czołgi, armaty i lotnisko, którego powstańcom nie udało się zdobyć. Jak to ktoś opowiadał: niemieccy lotnicy startowali w krótkich odstępach czasu, spuszczali swoje bomby na bezbronnych mieszkańców (trzeba zdać sobie sprawę, że powstańcy nie mieli dział przeciwlotniczych), wracali na kawę i dla pobrania bomb, i apiat’ lecieli zbierać krwawe żniwo.                                                                                                 5-7 sierpnia przyszła straszliwa rzeź Woli, a potem Ochoty. Wraz z wybuchem Powstania Hitler wydał rozkaz zniszczenia Warszawy, a Niemcy, posługując się zbrodniczymi formacjami ukraińskimi, rosyjskimi i własnymi, wykonali go najpierw na ludności Woli i Ochoty. Warto zwrócić uwagę, że te od 50 do 60 tys. ofiar rzezi mieszkańców dwu dzielnic wlicza się do globalnej liczby poległej podczas Powstania ludności cywilnej. A przecież był to rezultat niejako odrębnego ciągu zdarzeń czyli najokrutniejszego ludobójstwa, do którego insurekcja warszawska była jedynie pretekstem.                                                                                    Jak już jesteśmy przy liczbach, to muszę jeszcze raz zwrócić uwagę na panujący w tej mierze bałagan. Zapewne skutkiem nieśmiertelnej, jak widać, propagandy sowieckiej i peerelowskiej, wciąż padają przy tej okazji przeróżne, zazwyczaj grubo zawyżone liczby. Nawet w moim Radiu Maryja, gdzie zdawałoby się syndrom homo sovieticus nie mógł zaistnieć (ale swoista lekkomyślność w obrębie dziennikarstwa mówionego, radiowego czy telewizyjnego, zawsze może się zdarzyć), usłyszałem nawet o wielusettysięcznych ofiarach cywilnych Powstania Warszawskiego.(!)  Przebiło to nawet liczby podawane w latach komuny, kiedy to pisano o 280 tys. poległych cywilów i 20 tys. powstańców, by pognębić wszystkich tych, dla których Powstanie było największą świętością. Wszystko są to bajędy pseudo statystyczne. Ale błędu nie ustrzegła się też nasza przedstawicielka MPW, mówiąc o 160 tys., przeciwko czemu zaprotestowałem, przypominając o tym, o czym pisałem w niedawnym felietonie pt. „Liczby”.    No bo to właśnie nie kto inny tylko kierownictwo MPW, z dyrektorem Janem Ołdakowskim na czele ustaliło, uwzględniając zapewne nowoczesne metody ustalania szacunkowych danych statystycznych dotyczących podobnych wydarzeń wojennych, liczbę poległych cywilów na 120-130 tys.  (w tym 60 tys. ofiar z Woli i Ochoty!), a liczbę poległych żołnierzy na 10-12 tys. „Wydaje się – pisałem wtedy – że nie ma w Polsce większych autorytetów w tej mierze od twórców Muzeum Powstania Warszawskiego i wobec tego należy te ustalenia potraktować jako na dzisiaj ostateczne i obowiązujące.”                                                             Nie będę dalej już szczegółowo relacjonował opowieści naszej prelegentki, która przechodząc kolejne fazy przebiegu walk i działań (przypomnijmy, że kanałami ze Starego Miasta, po jego zniszczeniu, przeszło do Śródmieścia 5 000 powstańców – słownie pięć tysięcy: to gigantyczna logistycznie i po ludzku akcja, poza incydentami, udana, jeszcze jedno zwycięstwo słabszych nad silniejszymi), jednocześnie od początku  pamiętała o różnych uwarunkowaniach, by tak rzec, światowych, o znaczeniu tła politycznego, tak niekorzystnego dla  powstańców. Już na początku opowieści, zadała sobie i nam pytanie: o czym wiedzieli powstańcy, rozpoczynając walkę, a o czym nie wiedzieli, przynajmniej od razu. Wiedzieli o swoistej „brance” (jak to się w polskim losie powtarza!), czyli żądaniu Niemców, by 28 lipca do kopania rowów wokół Warszawy stawiło się 100 tys. ludzi (prawie nikt się nie stawił), a nie wiedzieli o wynikach konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie, gdzie już wtedy, w środku 1943 roku, szefowie rządów USA i W. Brytanii, Roosevelt i Churchill oddali Polskę w pacht Stalinowi, by potwierdzić to dwa lata później w Jałcie. Prelegentka trafnie użyła sformułowania o zupełnym uzależnieniu tych dwu panów i ich polityki od Stalina.

Słusznie też przypomniała o powszechnym, haniebnym mordowaniu przez Niemców rannych żołnierzy polskich oraz personelu po zajęciu powstańczych szpitali i o jednym przypadku, gdy leżący razem z Polakami ranni Niemcy uprosili oprawców, by wstrzymali się od mordów, bo lekarze, personel pielęgniarski i polscy żołnierze doskonale się nimi opiekowali, nie czyniąc żadnych różnic między jednymi i drugimi, a przecież jak wiadomo wciąż brakowało wszystkiego: lekarstw,  opatrunków, sprzętu  itp.

Zarówno podczas prelekcji, która chwilami przemieniała się w wymianę poglądów, jak i podczas dyskusji po jej zakończeniu, uniknęliśmy szczęśliwie stale eksploatowanego sporu Polaków o to, czy Powstanie było potrzebne czy nie. Ten spór bowiem jest w gruncie rzeczy jałowy, jako że wydarzenie historyczne nie ma alternatywy, a wszelkie próby wirtualnej rozmowy o , alternatywach są niewłaściwe, gdyż nigdy nie można znaleźć się ponownie w sytuacji uczestników minionych wydarzeń, skoro mamy już wiedzę o tym, co było później, a także o tym, o czym owi uczestnicy wydarzeń nie mieli pojęcia.

Na zakończenie kilka uczestniczek spotkania, które przeżyły  Powstanie jako dzieci, dało przejmujące świadectwa.

Jerzy Biernacki











 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl