Przed piętnastu laty pisałem: „Czy ktoś myśli w ogóle o przyszłości muzyki, o jej rozwoju, o przyszłych jej odbiorcach, gotowych słuchać nie tylko Rolling Stonesów, Tangerine Teamu czy Budki Suflera, ale i muzyki poważnej, dawnej i współczesnej? Bacha, Beethovena, Chopina, Liszta, ale i Szymanowskiego, Lutosławskiego, Bartóka, Britaina, Bairda, Kilara czy Piotra Mossa? Wydaje się, że nikt, skoro w szkołach zlikwidowano lekcje wychowania muzycznego, łącząc je jedynie z elementarnym kursem przygotowującym do odbioru zdarzeń artystycznych w ogóle.
W Warszawie na przykład jeszcze jakiś czas temu w szkołach było ok. 35 nauczycieli wychowania muzycznego na przyzwoitym poziomie, teraz jest ich najwyżej 4-5. I uczą na ogół innych przedmiotów. Czy to oznacza, że za lat 20 na przykład Filharmonia Narodowa w Warszawie będzie organizowała koncerty jedynie dla krytyków muzycznych, kilku koneserów i nie ogłuchłych staruszków?” Nie sądzę, by w ciągu minionych lat wiele się zmieniło, reforma tej sfery nie objęła, a interesująca próba zaradzenia tej niekorzystnej sytuacji od lat nie tylko nie doznaje wsparcia, lecz wręcz została prawie do cna unicestwiona.
Jest gorzkim paradoksem fakt, że od dawna nie miał i nie ma wstępu do Filharmonii Narodowej inicjator czwartkowych koncertów dla młodzieży, Bohdan Pilarski, b. poseł RP, który zaszył się na prowincji i zajmował hodowlą owiec gdzieś nad Pilicą, a obecnie, schorowany, prawdopodobnie nie będzie mógł przybyć na uroczysty koncert z okazji 45-lecia jego niezwykłej inicjatywy.
Zaczęło się wszystko w roku 1970, dzięki amerykańskiej bezpośredniości Garricka Ohlssona, laureata VIII Konkursu Chopinowskiego, który dał się zaciągnąć do domu studenckiego, gdzie grał dla młodzieży, niezrażony faktem, że instrumentem, jakim tam dysponowano, było jedynie nie najlepsze pianino.
Zainspirowany tym wydarzeniem Bohdan Pilarski wystąpił z projektem organizowania czwartkowych koncertów dla młodzieży. Wokół nich ukształtował się cały ruch wychowania muzycznego. Najpierw wzorowane na poznańskim świetnym, działającym do dzisiaj, ruchu umuzykalnienia młodzieży szkolnej – Pro Sinfonica, zainicjowanym przez Alojzego Andrzeja Łuczaka – powstawały kluby Młodej Filharmonii. Pilarskiemu zależało na tworzeniu więzi miedzy artystami i młodzieżą (to nie może być jakiś sypki proszek, lecz związek chemiczny – mawiał metaforycznie), dlatego też młodzież witała artystów, podawała im kwiaty, okresami prowadziła bufet i kwiaciarnię, częstowano artystów ciastkiem i kawą, realizowano programy nazwane „Muzeion” i „Niezapominajka”. Słowem, młodzież pełniła rolę gospodarza koncertów, co miało wielkie znaczenie wychowawcze i integracyjne. Muzycy z orkiestry też szybko zmienili swój stosunek do koncertów dla młodzieży: początkowo nie dbali o ubiór, przychodzili w blezerach czy innych wdziankach, wkrótce potem – pełna gala, smokingi, fraki, ukłony itp. Zorientowali się, że przecież to jest ich przyszła filharmoniczna publiczność. Że bez tych koncertów i innych inicjatyw, o których za chwilę, filharmonia w przyszłości ziałaby pustkami. Był to również rezultat docenienia tego audytorium przez wybitnych dyrygentów – Witolda Rowickiego, Jana Krenza, potem – Kazimierza Korda. Koncerty odbywały się raz na dwa tygodnie, w pierwszym okresie grała zawsze Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej. Później zapraszano różne zespoły muzyczne, także młodzieżowe ze szkół muzycznych i wiele innych. Wobec coraz trudniejszej sytuacji Filharmonii Narodowej z czasem występy orkiestry symfonicznej stały się rzadkością, zwłaszcza że np. za dyrekcji Antoniego Wita (2002-2013) o dopieszczaniu tych akcji, oceniając łagodnie, nie można już było mówić.
Koncerty czwartkowe wyłoniły wiele inicjatyw, programów recytatorsko-muzycznych (poświęconych księciu Józefowi Poniatowskiemu, Karolowi Szymanowskiemu, poezji Baczyńskiego) oraz różnego rodzaju cyklów. Na przykład cykl Muzyka a zdrowie, w który zaangażowali się m.in. niezapomniani profesorowie, Julian Aleksandrowicz i Józef Bogusz z Krakowa (stąd Młoda Filharmonia nosi dziś imię tego pierwszego). W 1988 roku Marek Dyżewski, jeden z najwybitniejszych muzykologów polskich, inspirował powstanie cyklu recitali organowych „ARS ORGANI” (trwał do 2000 roku), a dzięki rozlicznym kontaktom krajowym i światowym pracującej w sekcji koncertów czwartkowych Walentynie Marii Bagińskiej wystąpili w tym cyklu liczni wybitni organiści, grając dla młodzieży na wspaniałych organach w Archikatedrze św. Jana. Od kilku lat mogliby grać na równie świetnych organach zainstalowanych w głównej sali Filharmonii Narodowej, ale… O tym poniżej.
„Salon romantyczny”, oparty na koncepcji teatru lektur, cykl koncertów słowno-muzycznych wspomnianego już Marka Dyżewskiego ukazujących kolejne epoki w dziejach muzyki, cykl „Alchemia dźwięku” zainicjowany przez Stefana Wysockiego, „Pieśń ojczystej ziemi” – cykl tradycyjnej muzyki polskiej – to tylko niektóre z wielu inicjatyw podejmowanych w ramach ruchu koncertów czwartkowych i Młodej Filharmonii im. Juliana Aleksandrowicza.
Do tego trzeba dodać trójpoziomowe wycieczki uczniów szkół podstawowych: poznawanie FN ogólnie, poziom II – organy, poziom III – alchemia dźwięku, np. wizyta w klasie altówki itp.
Swoistym zwieńczeniem społeczno-wychowawczej pracy Młodej Filharmonii są prowadzone od 1977 roku koncerty dla młodzieży niepełnosprawnej. Jest to tzw. akcja konstancińska „Via spei” im. Tomka Szula-Skjoeldkröna, której właśnie stuknęło 40 lat (dokładnie 27 października 2017). W tym miejscu trzeba powiedzieć, kim był Tomek Szul, młody człowiek, który zginął w wypadku samochodowym ok. 20 lat temu. Młoda Filharmonia wyłoniła spośród siebie wiele różnorakich talentów. Takich, jak Józef Kucharski, bez którego decyzji (będącej na tę skalę swoistym jajkiem Kolumba), dotyczącej pierwszego przewiezienia niepełnosprawnych, razem z wózkami, autobusem MZA z Konstancina do Filharmonii i z powrotem. Było to właśnie 27 października 1977 roku. Przez wiele lat był on także motorem współpracy Młodej Filharmonii ze Stowarzyszeniem Penitencjarnym „Patronat”, polegającej na organizowaniu uczestnictwa w koncertach czwartkowych młodzieży karanej, przebywającej w zakładach poprawczych. Przez 12 lat trwającej akcji nie zdarzył się żaden przykry incydent, wbrew pesymistycznym przewidywaniom różnych sceptyków, którzy wolą krakać niż działać.
Ale miało być o Tomku – był on jednym z talentów największych, obdarzony prawdziwą charyzmą, wspaniale kontaktujący z ludźmi, pod względem organizacyjnym i każdym innym wart – jak mówią jego koledzy – trzech albo czterech przeciętnie uzdolnionych i pracowitych wolontariuszy. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Wzór dla wszystkich młodych wolontariuszy „Via spei”, takich jak działające po dzień dzisiejszy Grażyna Pietruszewska-Rosłon i Agnieszka Stępkowska.
Nie ma wątpliwości, iż całą działalność pokrótce tu przedstawioną można porównać do łańcucha, w którym brak jakiegokolwiek ogniwa może poważnie załamać całość przedsięwzięcia. Szczególnie zaś gdy chodzi o tę główną część łańcucha, gdzie niejako zawęźlają się wszystkie sprawy. Mowa o sekcji koncertów czwartkowych prowadzonej od lat blisko 40 przez Władysława Terleckiego. Przez 16 lat – wspólnie z Walentyną Bagińską, którą w 2002 roku zwolniono z pracy. Była ona do tego działania nie tylko wszechstronnie przygotowana, ale i szczególnie predestynowana. Absolwentka kilku uczelni muzycznych (m.in. Konserwatorium Łotewskiego w Rydze), świetna organistka (Akademia Muzyczna im. F. Chopina w klasie prof. Rączkowskiego), studiowała też na Wydziale Wychowania Muzycznego Akademii (dyplom z wyróżnieniem!). I od 1986 do 2002 roku właśnie w tej dziedzinie pracowała, będąc kluczową postacią w prowadzeniu większości przedstawionych programów i cykli. Zwolnienie pani Walentyny było wyrwaniem najważniejszego niemal ogniwa we wspomnianym łańcuchu działań, które doprowadziło do poważnego osłabienia ruchu Młodej Filharmonii, o mało go nie załamując całkowicie. Przyczyny, wbrew pozorom, w ocenie Władysława Terleckiego, tkwiły poza jej osobą. Sam fakt pozostawienia tylko jednej osoby w sekcji koncertów czwartkowych stał się poważnym utrudnieniem, ponieważ nie można jednocześnie być w biurze przy telefonie i oprowadzać dzieci po Filharmonii lub robić dziesiątków innych niezbędnych rzeczy.
Nie pomogły apele do dyrektora Antoniego Wita, który umył ręce, wymawiając się tym, że dopiero nastał (przejął dyrekcję po Kazimierzu Kordzie), ani do pozostałej części kierownictwa FN, które w całości (łącznie z dyrektorem Witem, jak się okazało w następnych latach) wydaje się dramatycznie nie doceniać Młodej Filharmonii i akcji nazwanej „Drogą nadziei”, także nadziei przecież na przyszłe audytorium FN i nie tylko. Jak można w taki sposób jeżeli nie ciąć, to podłamywać gałąź, na której się siedzi – doprawdy zrozumieć niepodobna.
Władysław Terlecki, spirytus movens wielu akcji, nie tylko Młodej Filharmonii i „Drogi nadziei”, jest zwolennikiem działań kompleksowych i wyróżnia się w tej mierze żelazną konsekwencją. Jest on jedynym dziś żyjącym założycielem muzycznego teatru kukiełkowego „Łazienki” (bo w Łazienkach powstał jakieś, bagatela, 50 lat temu z okładem). Pomyślany był najpierw jako teatr dla dzieciaków z domów dziecka, a potem narodziła się myśl, aby wejść z nim – a zwłaszcza z Pastorałką Leona Schillera w okresie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia – do... poprawczaków i więzień.
Byłem swego czasu na takim spektaklu w więzieniu i opisałem swoje wrażenia w „Naszej Polsce”. Tu tylko krótko przypomnę, że nie chodziło jedynie o wzruszenia, ale i o głębsze przemyślenia młodych więźniów, niezwykle interesujące i nie płytkie, a dotyczące rozróżniania dobra i zła oraz przyjęcia przekazu Dobrej Nowiny. Trudno o lepszą metodę resocjalizacyjną…!
A jednocześnie niezwykle imponujący był entuzjazm i wytrwałość ochotników tego teatru (przeważali młodzi), którym samo składanie dekoracji i ich demontaż plus spektakl zajęły cały prawie dzień i kawał wieczoru. Spektakl zaś – muszą mi Czytelnicy uwierzyć na słowo – nie miał nic wspólnego z amatorszczyzną, a nawet były w nim momenty rewelacyjne w sferze wykonawstwa aktorskiego: zaliczam do nich całkowicie profesjonalną rolę Narratora (Władysław Terlecki) oraz dziewczynę frenetycznie grającą Diabła (czy raczej diablicę)
Napisałem wtedy, że ów spektakl Teatru „Łazienki” zbiegł się z 80. urodzinami Józefa Kucharskiego, kierowcy autobusów MZA i kuratora sądowego, społecznika, bez którego – najkrócej mówiąc – nie byłoby ani „Drogi nadziei” ani odwiedzin u więźniów. Czterdzieści lat temu, gdy zastanawiano się, jak zacząć akcję dowożenia niepełnosprawnych do Filharmonii, on po prostu zapytał: No to kiedy jedziemy? I tak się to zaczęło i trwało długi czas, dzięki niemu, bo dobro ciągnie do dobra, i tak do Terleckiego i jego młodych wolontariuszy dociągnął Kucharski.
Na pytanie, skąd wzięła się u niego pasja społecznikowska, Józef Kucharski (kurator sądowy, członek Stowarzyszenia Penitencjarnego „Patronat” (mającego metrykę sięgającą czasów Bolesława Prusa i Stefanii Sempołowskiej), honorowy krwiodawca i organizator krwiodawstwa, którego grupa oddała 5.700 litrów krwi) odpowiedział: „Nauczyli mnie tego księża, w powszechniaku, przed wojną. Mówili: szanuj bliźniego swego jak siebie samego, nie kradnij, szanuj pracę. I uczyli kochać Ojczyznę. Dzięki temu inna młodzież wtedy była. Dziś tego nie ma.”
Na resocjalizację młodych przestępców nie ma pieniędzy, nie mówiąc już o możliwości kontaktu z kulturą No to kto miał pomagać? Młoda Filharmonia, dzięki swej współpracy z Kucharskim, który opiekował się domem poprawczym w Falenicy. Co jakiś czas było 10 biletów bezpłatnych na koncert do Filharmonii. No i możliwość dowozu, pod opieką wolontariuszy. Mówił Kucharski: „Mam kontakt z Okręgowym Zarządem Służby Więziennej i oni dają trochę pieniędzy, a poza tym wskazali, gdzie możemy wystawić „Pastorałkę”. I tak już 11 rok z nią jeździmy. Pokażemy też „Dziady” Mickiewicza. Skazanym dajemy czyste słowo polskie, a także Boskie, i zatrudniamy młodzież, naszych wolontariuszy, dla których też jest to ważne. Myślę, że jednym i drugim, przynajmniej niektórym, wchodzi to do serca i zostaje tam, nie bez jakichś skutków duchowych i realnych. Taką mam nadzieję...”
Tak było piętnaście lat temu. W 2013 roku zlikwidowano definitywnie czwartkowe koncerty dla młodzieży. Skończyły się koncerty orkiestry symfonicznej. Od czasu do czasu, w różne dni tygodnia, urządzano koncerty muzyki kameralnej dla dzieci i młodzieży, ale brakowało w nich poprzedniej konsekwencji, różnorodności i bogactwa form. Obecnie jest kłopot z zebraniem wolontariuszy, a pan Kucharski odszedł już jakiś czas temu na wieczna wartę.
Dzięki uporowi Władysława Terleckiego, zarazem szefa Solidarności w FN, który będąc już od dawna na emeryturze, nie stracił z Filharmonią kontaktu, i dzięki gromadzącym się wokół niego nielicznym już wolontariuszom, „Via spei” i Młoda Filharmonia jeszcze trwają, ale w formie, rzekłbym, szczątkowej.
26 października, we czwartek, oczywiście, w przeddzień 40 rocznicy pierwszego koncertu czwartkowego, Filharmonia da uroczysty koncert dla młodzieży. W pierwszej części przewidziany jest fragment Koncertu f-mol Fryderyka Chopina w wykonaniu Lidii Grychtołówny z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej FN. W części drugiej zostanie wykonana Symfonia Reformacyjna Felixa Mendelssohna-Bartholdy. Koncert zaszczyci swą obecnością Pierwsza Dama – Agata Kornhauser-Duda. Natomiast nic nam nie wiadomo o tym, by na koncert mieli przybyć ministrowie kultury i edukacji – prof. Piotr Gliński i Anna Zalewska
Dyrektor Wojciech Nowak, który przez lata raczej nie wspierał Młodej Filharmonii i Via spei, załatwił nawet dwa autobusy w MZA, dzięki czemu będzie można na ten raz wznowić akcję konstancińską i przywieźć na wieczór niepełnosprawnych. Kierownictwo FN musiało tym razem stanąć na wysokości zadania, by móc pochwalić się młodym audytorium…
…Którego przyszłość stoi wszakże pod znakiem zapytania. Ze strony kierownictwa FN zadziwiający jest brak zainteresowania kontynuacją tych przedsięwzięć. Obecny dyrektor artystyczny, Jacek Kaspszyk, tak jak jego poprzednik, jest zajęty jedynie troską o poziom artystyczny orkiestry. Wobec tego przyszłość „Drogi nadziei”– a pod tą nazwą rozumiem tutaj całość przedsięwzięć Władysława Terleckiego i jego pomocników – rysuje się zgoła beznadziejnie.
Jerzy Biernacki
