Pewien mój znajomy inżynier, o którego zainteresowaniach i wiedzy historycznej nie miałem pojęcia, zaskoczył mnie w rozmowie dosyć bezwzględnym atakiem na Romana Dmowskiego i endecję (ale głównie na niego), nie bez związku z tym, że w pewnej chwili wyraziłem (lub raczej po kimś powtórzyłem) opinię, że w dość dużej mierze to endeccy księża i nauczyciele wychowali przed wojną tę młodzież, która później wzięła gremialny udział w Powstaniu Warszawskim.
Dla jasności muszę wyznać, że zawsze z uśmiechem pewnego politowania patrzyłem na młodzieńców paradujących z mieczykiem w klapie i dziwiłem się nie słabnącemu wciąż, choć stale też ograniczonemu społecznie, powodzeniu, jakim dawna i nowa narodowa demokracja (jako ideologia i ruch) cieszyła się wśród młodych Polaków. I że odkąd w dziecięcych niemal latach przeczytałem jakąś broszurę przedwojenną o młodym Ziuku (m.in. jak to drewnianym pałaszem ciął dzielnie pokrzywy w Zułowie, a także jak to, nieco już starszy, kształtując swój charakter, stawiał przed sobą własne ekskrementy i wyobrażał sobie, że musi je zjeść w jakiejś ostatecznej sytuacji), aż po dziś dzień, gdy mam za sobą lektur znacznie więcej – jestem pod urokiem Józefa Piłsudskiego i jego legendy, która przecież nie powstała bez powodu. Dokładniej mówiąc uznaję jego wielkość, tak jak ją przedstawił w tekście „Powstają legendy” z 1936 roku nie kto inny, lecz…Bruno Schultz, który w mojej opinii napisał o Marszałku kilka najważniejszych zdań, jakich nie napisał nikt inny. Ale to tylko wyznanie uboczne, choć konieczne; rzecz jest o czym innym.
Dodać muszę, że mój krytyczny stosunek do narodowej demokracji i samego Dmowskiego miał zawsze charakter niemal instynktowny, a intelektualnie wtórny, przy czym ceniłem polityczną publicystykę twórcy narodowej demokracji (nie zawsze się z nią zgadzając) oraz żywiłem ogólnie potwierdzane przekonanie, że odegrał on istotną rolę w odzyskaniu niepodległości Polski, działając na gruncie międzynarodowym.
Mój znajomy, zaprzeczając tezie o wpływie wychowawczym endecji na przedwojenną młodzież, słusznie zapewne zwrócił uwagę, że oddziaływały na nią wówczas różne nurty, w tym demokratyczne i lewicowe. I być może, wpływ środowisk endeckich nie był aż tak duży, jak sobie wyobrażałem, nie mając w zanadrzu jakichś prac naukowych, historycznych na poparcie mojej tezy. Mój
interlokutor wszelako w ogóle go negował, zgadzając się jedynie na opinię, że były to zdarzenia incydentalne, z czym, naturalnie, nie mogłem się zgodzić. Jakkolwiek nie umiałbym precyzyjnie określić społecznego rozmiaru czy zasięgu owego wpływu.
Natomiast zaskoczyło mnie zupełnie i zbiło z pantałyku wyrażone przez mojego znajomego przeświadczenie, że powszechnie znana i powtarzana w wielu wypowiedziach i tekstach teza o zasługach Dmowskiego w skutecznym urabianiu politycznych środowisk międzynarodowych na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości jest nieprawdziwa. Że innymi słowy jego rozmowy w Paryżu i gdzie indziej oraz pisane przezeń memoriały wcale nie odegrały tej roli, o jakiej się mówi i pisze. Na poparcie swych słów mój interlokutor przytoczył jakieś prace historyczne i wymienił co najmniej dwa nazwiska ich autorów, których wszakże nie zapamiętałem.
Zdziwiła mnie niewątpliwa zaciekłość, z jaką mój znajomy o tym mówił (aczkolwiek w słowach wyłącznie parlamentarnych i opiniach merytorycznych), popierając swoje oceny dodatkowymi argumentami dotyczącymi osobistej postawy Dmowskiego w różnych momentach historycznych. Mówiąc wprost oskarżył on autora „Myśli nowoczesnego Polaka” o brak elementu polskości w jego jaźni i zarzucił mu zdradę Ojczyzny, przypominając, że w 1915 roku wyjechał do Moskwy (razem z wieloma innymi Polakami, kiedy to z Polski, która wkrótce miała się znaleźć pod okupacją niemiecką, Rosjanie wywieźli dużą część fabryk wraz z zespołami kierowniczymi, maszyn, towarów a nawet szkół itp.), w kilka lat później zaś, na parę dni przed przełomowym 15 sierpnia 1920 roku, pojechał (uciekł?!) do Poznania, by tam montować nowy rząd, w przewidywaniu klęski polskiej armii w bitwie pod Warszawą.
Mój rozmówca podkreślał również, że Dmowski był agnostykiem i w swoich pismach traktował rolę Kościoła katolickiego w Polsce jedynie pragmatycznie jako wychowawcy społecznego, nie przywiązując wagi do jego roli aksjologicznej, religijnej i duchowej. Z jego szczególną krytyką spotkało się wprowadzenie przez Dmowskiego do dyskursu publicznego kategorii interesu narodowego. Ta krytyka brzmiała tak, jak gdyby to pojęcie i jego włączenie do polityki było jakimś przewrotem kopernikańskim w sensie negatywnym, z gruntu fatalnym i moralnie niedopuszczalnym.
Zarzucony całą masą argumentów i w gruncie rzeczy nie przygotowany do tego rodzaju dyskusji (jak zaznaczyłem wyżej, Dmowski i „dmowszczyzna” interesowały mnie raczej umiarkowanie), ograniczyłem się w odpowiedzi do wyrażenia ogólnego przekonania, że chyba jednak nie ma powodów do aż tak jednoznacznego potępiania tego polityka i pisarza politycznego i że może warto jednak złagodzić te padające tutaj, tak skrajne, opinie. Przynajmniej moją intencją byłoby pewne ich złagodzenie – mówiłem – szczególnie gdy mielibyśmy aż odmówić temu człowiekowi polskości i nazwać go zdrajcą. Tym bardziej że wyjazdy Polaków do Rosji w 1915 roku były powszechne i nie zawsze całkowicie dobrowolne i że to nie jest wystarczający argument dla potępienia Dmowskiego, tak jak i owa „ucieczka” do Poznania dla powołania rządu w razie klęski nie kwalifikuje się w stu procentach jako zdrada, bo przecież sytuacja wojenna była nadzwyczaj dramatyczna, a rozstrzygnięcie bitwy nie było przesądzone. Zaś Piłsudski, jak wiadomo, na wypadek klęski złożył swoją prośbę o dymisję na ręce Wincentego Witosa, ówczesnego premiera.
Jakoś tak się zdarzyło, że w ogóle nie poruszyłem kwestii owego wprowadzenia do sfery polityki pojęcia interesu narodowego. I gdy już rozstaliśmy się z moim znajomym, zaczęła mnie ta sprawa mocno intrygować. O co mu właściwie chodziło, że w czambuł potępił interes narodowy? Przecież jest to pojęcie często używane i zwłaszcza obecnie, kiedy mamy do czynienia z rządem, któremu się chce pracować i budować mocne państwo oraz służyć jak najlepiej polskim obywatelom, mówi się nierzadko tymi słowy, bliskimi takim pojęciom jak racja stanu czy dobro wspólne.
Olśniło mnie, gdy przypomniałem sobie, że Marszałek Piłsudski w swoich pismach i mowach pisał i mówił ze szczególnym naciskiem o ważności i nadrzędności imponderabiliów. I o tym, jak ważny w potrzebie wojennej na przykład jest duch panujący w wojsku, jego morale. Nie mniej ważne, jak stan liczbowy armii i stan jej uzbrojenia. Uświadomiłem sobie, że interes narodowy to pojęcie bardzo pragmatyczne, nie mające swego umocowania w aksjologii, jakkolwiek bowiem naród to ważny, ba, jeden z najważniejszych, czynnik działań politycznych, albowiem w jego imieniu są one prowadzone, ale przecież nie ma on charakteru absolutu. Inne czynniki, dla przykładu, w społecznej nauce Kościoła, decydują o sposobie prowadzenia polityki. Jest to wiara w Boga i dążenie do zbawienia, do osiągnięcia życia wiecznego; pierwsze Przykazanie Boskie brzmi: będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym umysłem, czyli całym swoim jestestwem, a przykazanie najważniejsze: będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. I z tej miłości i wiary wynika postawa czynna: troska o dobro wspólne i „święta miłości kochanej Ojczyzny”, fenomen wbrew pozorom uniwersalny i dlatego tak zgodny z doktryną Kościoła powszechnego. Przynajmniej tak jest w naszym kręgu cywilizacyjnym, w cywilizacji łacińskiej. A więc jest coś wyższego, coś o innym, duchowym charakterze, ponad interesem narodowym, który jest, oczywiście, bardzo ważnym pojęciem w pragmatyce politycznej.
Przecież nie jest rezultatem fantazji to, że Mateusz Morawiecki stale podkreśla, iż wyniki gospodarcze nie cieszą go jedynie dlatego, że są dobre, ale dlatego, że poprawiają jakość życia Polaków, gdyż dzięki temu rosną ich płace i poprawia się ich los. Ktoś, chyba ksiądz Henryk Zieliński, zauważył, że nie jest bez znaczenia fakt, iż pani premier polskiego rządu jest matką księdza (niedawno wyświęconego) i że to powinno sprawiać, iż jest i będzie otaczana szczególnym szacunkiem. Nie jest bez znaczenia to, co oglądamy w telewizji, że członkowie rządu gremialnie przystępują do komunii świętej, wszyscy, niemal bez wyjątku. Znamy wiele bezpośrednich wypowiedzi, na przykład prezesa Jarosława Kaczyńskiego czy Zbigniewa Ziobry, potwierdzających w pełni ich postawę wierzących i praktykujących katolików. I nie mamy w tej mierze do czynienia z dewocją, tak potępianą przez agnostyka Dmowskiego
A więc praca na rzecz interesu narodowego Polski ma swoją „nadbudowę”, mówiąc przydatnym akurat tutaj językiem marksistowskim, ma swoje wyższe duchowe racje. Stoją za tym owe imponderabilia Marszałka Piłsudskiego, choć on je zapewne rozumiał niedokładnie tak, jak ja tutaj piszę. Może, myślę, bardziej w zgodzie z teorią walki duchów ponad materią Juliusza Słowackiego. Choć był przecież czcicielem Matki Bożej, może szczególnie tej wileńskiej, Ostrobramskiej, na co jest niemało różnorakich dowodów i świadectw. Nie bez znaczenia wreszcie jest również fakt, że w ciągu dwóch lat rządów Zjednoczonej Prawicy nie słyszymy, by któryś z ministrów czy wiceministrów dokonał jakiejś malwersacji lub defraudacji, czy w ogóle jakiegokolwiek przestępstwa.
Ktoś może powiedzieć: co to za gadanie, prezydent Komorowski też publicznie przyjmował komunię świętą, jednocześnie coram publico głosząc, że jest za życiem, więc jest za in vitro (potępionym przez Episkopat polski). A poza tym przed sądem, zeznając jako świadek, zaprzeczał samemu sobie (czyli albo kłamał teraz albo przedtem, bo chodziło o sprzeczność z zeznaniami składanymi poprzednio w prokuraturze). Tymczasem wszystko lub prawie wszystko, co mówią i robią członkowie obecnego rządu wydaje się przekonywać blisko połowę badanych przez instytucje sondażowe Polaków, gdyż mówią to, co myślą (czyt. prawdę), a robią to, co mówią (czyt. co obiecali).
Jeden przykład niebezpieczeństwa poprzestawania na pragmatycznym zgoła rozumieniu interesu narodowego. Stanowisko (zdominowanej przez endeków) komisji polskiej negocjującej z Rosjanami traktat ryski. Rosjanie (bolszewicy) byli gotowi oddać terytorium niemal aż po Psków, Smoleńsk, Homel i Odessę, czego strona polska w ogóle nie podjęła, kierując się pragmatycznym poglądem, że możemy sięgać granicą na wschód tylko tam, gdzie jest przewaga ludności polskiej. W rezultacie ok. 150 tys. Polaków pozostało w Rosji sowieckiej, w dwóch skupiskach, a piętnaście lat później 111.091 spośród nich zostało zamordowanych (rozstrzelanych, najczęściej strzałem w potylice) tylko dlatego, że byli Polakami i Polkami, a reszta (co najmniej ok. 30 tys.) została wywieziona do gułagu, w większości do Kazachstanu. Była to tzw. „operacja polska” (raczej „antypolska”) NKWD, wykonana na rozkaz Stalina (odpowiednią instrukcję nr 00485 wydał Jeżow) w latach 1937-1938. Jest rzeczą oczywistą, że negocjatorzy traktatu ryskiego nie mogli tego przewidzieć, ale ich decyzję można chyba skwitować sławnym powiedzeniem Talleyranda: to nie była zbrodnia, to był błąd.
Na koniec dodam, że gdybym nawet nie zdołał samemu wydedukować, dlaczego to interes narodowy jest pojęciem co najmniej niewystarczającym, to dopomógłby mi w tym Rafał A. Ziemkiewicz, współzałożyciel Stowarzyszenia Endecja, zdaje się porzucający właśnie publicystykę na rzecz polityki. Udzielił on wywiadu „Plusowi-Minusowi”, w którym dowodzi, że na polską wojnę może pomóc tylko stworzone przezeń Stowarzyszenie i mówi m.in. tak: „Polityka nie powinna się zajmować duchem narodowym. (…) Natomiast politycy są od załatwiania konkretnych spraw. A gdy polityka ucieka w symbole, to mamy takie sytuacje jak teraz, gdy zanim zbudujemy most, od razu robimy awanturę, czy ma być on imienia Lecha Kaczyńskiego czy Władysława Bartoszewskiego (…) Kiedy zaczniemy od wartości, to szybciej damy sobie po razie, niż cokolwiek zbudujemy, choćby i zwykły most”.
Znam kogoś, kto zaczynał od wartości, i to tych Najwyższych, a ile pobudował! Jest to o. Tadeusz Rydzyk, autor Jedynego Wielkiego Projektu III RP. Oto moja odpowiedź. I jednocześnie uznanie, przynajmniej po części, racji mojego znajomego w tym, co mówił o wprowadzeniu do polityki po jęcia interesu narodowego.
Jerzy Biernacki
