Jest jednym z czterech najsłynniejszych polskich cmentarzy. Jednym tchem wymieniamy warszawskie Powązki, Cmentarz Rakowicki w Krakowie, ślicznie pagórkowatą wileńską Rossę i właśnie "miasto duchów" na lwowskim Łyczakowie. Nekropolia lwowska jest przy tym prawdopodobnie najstarsza; starsza od Powązek, a nawet paryskiego Pere-Lachaise. Przekraczając bramę przy ul. Łyczakowskiej wstępujemy do wielkiego muzeum. Po prawej stronie, na kwaterze Żelaznej Kompanii cichutko leżą powstańcy z 1831 r. W lewo do góry wznosi się droga na Górkę Powstańczą, na której bielą się odnowione groby tych, którzy w 1863 r. stanęli do nierównej walki. Trochę niżej w równych szeregach na wezwanie czekają Lwowskie Orlęta. A po drodze? Najsłynniejsi polscy romantycy i galicyjscy pozytywiści. Wielkie sarkofagi i dożerane przez rdzę metalowe krzyże. Z jednych i drugich kłaniają się nam wielkie nazwiska. Pomiędzy nimi i takie, o których nawet Internet niewiele wie.
Do tych z mniej znanymi nazwiskami zaliczają się lwowscy dziennikarze. Za życia trzęśli miastem nad Pełtwią, niektórzy do tego stopnia, że ich pogrzeby przeistaczały się w wielkie manifestacje. Minęły lata, geopolityka przesunęła granice i duchy ludzi ciętego pióra w zaciszu łyczakowskich alejek czekają na czyjeś westchnienie. Na najsłynniejszej nekropolii jest ich pochowanych... No właśnie. To pierwsza zagadka, bo księgi cmentarne są bardziej niż niekompletne. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że wśród innych zacnych mieszkańców Lwowa na Łyczakowie zostało pochowanych ok. 100 dziennikarzy i wydawców. Nazwisk już znanych i bardziej lub mniej precyzyjnie "namierzonych" grobów jest o połowę mniej. Pocieszające jest tylko to, że z każdym rokiem dziennikarskich nazwisk przybywa. Gorzej z odnajdywaniem miejsc spoczynku.



Jesienią 2009 r. w Rzeszowie powstał Komitet Opieki nad Grobami Polskich Dziennikarzy na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Za jego powołaniem stała red. Jolanta Danak-Gajda z Radia Rzeszów. Była to skromniutka asocjacja, bo na początku... dwuosobowa w realu. Czasu i benzyny do swego samochodu nie szczędził red. Jacek Borzęcki. W takiej sytuacji pozostało liczyć na pomoc ludzi dobrej woli i z perspektywy czasu trzeba przyznać, że wokół inicjatorów ratowania grobów dziennikarskich takich ludzi nawet sporo się zakręciło. Najpierw były wielkie renowacyjne zamiary, ale na dwóch udanych przedsięwzięciach się skończyło. Zbiórki pieniędzy ciągną za sobą gigantyczne korowody administracyjne, a ręce opadają, gdy to co się zbierze przychodzi zamienić na cement i kamień. W pierwszej euforycznej fazie ratowania grobów udało się odnowić dwa grobowce. To szczęście miał Aleksander Milski oraz pochowani w jednym grobie bracia Ludwik i Władysław Inlenderowie. Od grobu red. Milskiego wypadało zacząć, wszak założył pierwszą organizację dziennikarzy we Lwowie. Po tych dwóch odnowieniach trzeba było nieco zmienić działalność Komitetu. Najpierw szukać grobów, a potem opracowywać proces ich ratowania. W ten sposób odnalezionych zostało ok. 50 grobów. W różnym stanie, ale realnych.
Na sprzątanie grobów dziennikarzy do Lwowa jeżdżą już nie tylko członkowie Komitetu Opieki. Inicjatywę wsparł rzeszowski Oddział SDP i co roku, przynajmniej raz na wyprawę przez granicę wybiera się kilkunastu jego członków. W tym roku wyjazd był szczególny, gdyż tylko zorganizowana grupa była 20-osobowa, a jeszcze inni wybrali podróż indywidualną. Szczotki, szpachelki i znicze muszą wystarczyć. Dotarcie do części grobów nie byłoby możliwe bez czegoś z większym ostrzem, bowiem niektóre kwatery pokrywały gęste kobierce czegoś w rodzaju lian. Takich zapomnianych miejsc jest coraz mniej, w czym dziennikarze - ci żyjący - jakiś swój udział mają. Przed każdym dniem Wszystkich Świętych w oczy rzucają się biało-czerwone wstążki przewiązane na krzyżach Polaków, którzy piórem władali po mistrzowsku. Na wielkim grobowcu Lewickich taka musi się znaleźć, bowiem na "Małym Światku" red. Anny Lewickiej polskości uczyły się dzieci z Galicji i nawet Korony na przełomie XIX i XX w. Bolesław Czerwieński publikował w Warszawie i Lwowie, ale jego strzelisty grobowiec stoi na Łyczakowie. Może dlatego, że napisał słowa do "Czerwonego sztandaru", sowiecka władza oszczędziła mu pośmiertnych cierpień i grobowiec uchował się bez szwanku. Kto się zapędzi na drugą stronę cmentarza, zadrze głowę na kamiennego Walerego Łozińskiego. To był dopiero zawadiaka. I aż dziw bierze, że miał jeszcze czas na pisanie. A napisał sporo, m.in. "Zaklęty dwór". Pół Lwowa odprowadzało go na cmentarz, gdy po pojedynku w wieku 24 lat zaledwie, oddał duszę Panu. I wielu go pamięta.
O każdym z odkrytych na nowo nazwisk dziennikarzy, można już mówić sporo. Zapewne znajdzie to ujście w jakiejś publikacji, do której sprzatający groby się sposobią. Póki co namawiają innych do sprzątania. Cmentarz za kamiennym murem zmienia się na lepsze. Stara zostaje tylko atmosfera wspaniałego dziedzictwa wielu narodów. Tu nawet na randki młodzi lwowiacy się umawiają. Bo tylko tu śmierć śpi tak spokojnie.
Jerzy Mielniczuk
Fot. Jerzy Mielniczuk
