Katarzyna Kolenda-Zaleska napisała na Twitterze:W Ameryce cały dziennikarski świat wspierał dziennikarza CNN wyrzuconego z Białego Domu. Nawet Fox. Takie standardy i przyzwoitość. U nas prawicowe media lubują się w atakowaniu dziennikarzy konkurencji. Taki standard. Politycznych propagandzistów”.

   Natychmiast przypomniano jej wiele sytuacji, w których dziennikarze mediów dziś antyrządowych nie wzięło w obronę dziennikarzy drugiej strony – choćby wyrzucenie Michała Rachonia z konferencji Jerzego Owsiaka. Im niżej pod wpisem dziennikarki TVN, tym zresztą więcej typowych dla Twittera dzisiaj wpisów chamskich, agresywnych i nieeleganckich. Normalka w Polsce AD 2018 – członkowie jednego plemienia wyżywają się na członku innego.

   Napisał też do Kolendy-Zaleskiej Cezary Gmyz: „Spóźnione ale szczere podziękowania dla pracowników mediów z Czerskiej i Wiertniczej za wsparcie i solidarność jakiego udzielali mi oraz moim kolegami jak Hajdar czyścił Uważam Rze i @rzeczpospolita Gońcie się pieprzeni hipokryci” (pisownia oryginalna).

   Skoro Cezary Gmyz przywołał własny przypadek, to ja z kolei czuję się upoważniony do przywołania mojego przypadku i podziękowania z kolei Gmyzowi, Rachoniowi i innym dziś prorządowym dziennikarzom za wsparcie, jakiego udzielili mi trochę ponad rok temu, gdy Jacek Kurski wyrzucał mnie z TVP, uzasadniając to interwencją „Solidarności”.

I tak można by się licytować w nieskończoność, podczas gdy rzecz jest bardzo prosta: nie ma żadnej dziennikarskiej solidarności, a w każdym razie – nie ma jej na ogólnym poziomie, choć wyjątki się zdarzają. Jeśli zaś ktoś myśli, że to kwestia ostatnich kilku lat, to grubo się myli. Przywołam zdarzenie, o którym kilkakrotnie już pisałem, ale lubię je przypominać z wielkiego szacunku i sympatii dla śp. dr. Janusza Kochanowskiego, zmarłego tragicznie pod Smoleńskiem rzecznika praw obywatelskich – najlepszego, jakiego miała III RP.

Dr Kochanowski miał swego rodzaju obsesję na punkcie forsowania w Polsce lepszej kultury politycznej, medialnej, publicznej. Był pod tym względem zapatrzony w Wielką Brytanię, którą zresztą zapewne nieco idealizował. Ale starał się robić w tej dziedzinie dobrą robotę – najpierw w Fundacji Ius et Lex, potem na urzędzie RPO. Pewnego razu – mogło to być w roku 2009 – zaprosił na obiad (chyba w Pałacyku Sobańskich) grupę dziennikarzy z różnych stron już wtedy istniejącego podziału. Wśród uczestników spotkania byłem i ja.

Dr Kochanowski zaproponował, żebyśmy powołali coś na kształt Klubu Prasy, stojącego ponad podziałami i przez to mającego tak silną markę, że musiałby go odwiedzić niemal każdy ważny polityk, przyjeżdżający do Polski, a członkowie gremium mieliby dzięki temu okazję do spotkania z nim. Klub miałby także być miejscem dyskusji, debat, starć, ale sam nie zajmowałby politycznego ani światopoglądowego stanowiska. Dr Kochanowski zadeklarował, że może pomóc koncepcyjnie i organizacyjnie przy powoływaniu takiej struktury. Wykraczał w ten sposób oczywiście poza zakres działania RPO, ale pan Janusz taki już był – lubił wyłamywać się ze schematów.

Pomysł był znakomity – i nadal uważam go za bardzo dobry oraz możliwy do zrealizowania w warunkach normalnego państwa, nie podzielonego na plemiona, również medialne. Problem w tym, że choć zaproszenia rozesłano do wszystkich ważnych redakcji i redaktorów, jedyną osobą z „drugiej” – czyli niekonserwatywnej, lewicowej, bardziej liberalnej – strony, która na spotkaniu się pojawiła, był śp. Grzegorz Miecugow, który zresztą nie wydawał się do idei klubu entuzjastycznie nastawiony. Ale przynajmniej przyszedł. Nie muszę też dodawać, że z pomysłu pana Janusza nic nie wyszło. A potem był Smoleńsk, nie było już dr. Kochanowskiego, a plemienny podział wszedł na wyższy poziom.

Kolenda-Zaleska ma pretensję, że dziś dziennikarze z przeciwnej strony nie bronią dziennikarzy z jej obozu (bo niestety o obozach możemy pisać). To oczywiście nie jest do końca prawda. Gdy przy różnych okazjach w ostatnich latach odmawiano akredytacji czy wstępu dziennikarzom „GW” albo TVN, po stronie konserwatywnej pojawiały się głosy krytyki takiego działania. Sam reagowałem w taki sposób. Owszem, nie były to głosy masowe, ale były.

Za rządów PO media bliższe poglądom Kolendy-Zaleskiej niespecjalnie spieszyły się potępiać ataki na media konserwatywne – ale i tu znaleźlibyśmy wyjątki.

Dziś jest jeszcze śmieszniej, bo dziennikarze pracujący dla mediów publicznych, tacy jak przywołany wcześniej Gmyz, nie reagują, gdy z tychże mediów wyrzuca się ludzi z ich własnego kręgu ideowego. Czy Gmyz zareagował oburzeniem na zwolnienie z Polskiego Radia Filipa Memchesa? Czy zabierał głos, gdy Wojciecha Dąbrowskiego spotkały szykany za zbytnią dociekliwość w rozmowie z Beatą Szydło? Bo że ani on, ani żaden z kolegów dziś obsadzających media publiczne nawet nie zająknął się o moim skromnym przypadku – to akurat wiem doskonale. Ale może coś przeoczyłem w innych sprawach.

Ostatnim przejawem dziennikarskiej solidarności był w miarę jednolity front mediów w roku 2017 wobec planów marszałka Kuchcińskiego, aby drastycznie ograniczyć dziennikarzom dostęp do Sejmu, upychając ich w małej salce prasowej, czyniąc w ten sposób praktycznie z całego parlamentu strefę komfortu polityków. Nie mam jednak pewności, czy gdyby dziś marszałek zaczął ponownie forsować podobny pomysł, jeszcze raz udałoby się wspólnie mu sprzeciwić.

Nie napiszę niczego odkrywczego – wspominał o tym w swoich tekstach i komentarzach kilkakrotnie w ostatnim czasie między innymi Piotr Zaremba: media i dziennikarze stali się w ogromnej części po prostu elementem obozów politycznych. Więcej łączy ich z politykami tychże niż z sobą nawzajem, nic zatem dziwnego, że nie poczuwają się do solidarności zawodowej wobec siebie. Solidarność zawodowa mogłaby się pojawić, gdyby mieli poczucie wspólnej misji, jaką byłoby rzetelne przekazywanie informacji, opisywanie rzeczywistości i – w przypadku komentatorów – interpretowanie jej zgodnie z nieukrywanymi swoimi poglądami. Ale tego poczucia nie ma – misją ogromnej części osób, które formalnie uznawane są za dziennikarzy, jest po prostu szerzenie partyjnej czy rządowej propagandy, nic ponadto.

Czy to znaczy, że dziennikarska solidarność w ogóle przestała istnieć i nie ma na nią miejsca? Napiszę rzecz banalną, ale być może jednak nie dla wszystkich oczywistą: to zależy od nas. Naprawdę, wiele nie potrzeba, żeby przywrócić to zjawisko na poziomie najbardziej rudymentarnym. Wystarczy wyłączyć myślenie w kategoriach plemiennych, partyjnych, a najlepiej wyobrazić sobie, że samemu jest się w sytuacji kolegi lub redakcji, których spotyka jakiś problem. I po prostu zachować się odpowiednio.

Proste? Proste. Mam jednak wrażenie, że dziś rzeczy proste bywają najtrudniejsze.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl