W jednym z tygodników pojawił się tekst dziennikarzy, nazywających się śledczymi. Tekst ujawnia domniemany przekręt z udziałem byłego oficera jednej ze służb. Sugeruje też – choć sprytnie, bez stwierdzenia wprost – że współudziałowcami tego przekrętu były znane osoby, często pojawiające się w mediach jako komentatorzy. Tak się składa, zapewne przypadkowo, że wymieniono akurat medium skonfliktowane z redakcją autorów tekstu. Co ciekawe, jednej z tych osób dano w tekście głos, a drugiej – nie. Nie bardzo wiadomo, dlaczego.

Celowo nie ukonkretniam sprawy, bo nie chcę pisać o jednym tekście, ale o pewnej niepokojącej praktyce, która nie jest ograniczona do jednego tygodnika, konkretnych autorów czy jednej strony konfliktu, mającego odbicie także w świecie mediów. Nie chcę też reklamować konkretnego tekstu, ponieważ nie jest on tego wart.

Jak podobne materiały powstają?

Najpierw ktoś, komu potrzebny jest medialny kanał upowszechnienia jakiejś informacji w celu zrealizowania własnego celu, politycznego, biznesowego czy jakiegoś innego, decyduje się, poprzez którą redakcję najłatwiej będzie mu tę informację przekazać. Znaczenie ma kilka czynników. Może to być zaprzyjaźniony dziennikarz, na tyle spragniony sensacyjnego tematu zza kulis służb czy władzy, że weźmie wszystko. Lecz to niekoniecznie załatwia sprawę, bo jest przecież jeszcze redakcja, zatrudniająca dziennikarza, a tu można natknąć się na sceptycyzm czy sprzeciw. Całkiem możliwe, że nie z powodu przestrzegania norm zawodu, ale dlatego, że redakcja może mieć interes inny niż interes jej konkretnego dziennikarza. Dlatego najlepiej jest mieć zaprzyjaźniony tytuł czy stację.

Świetnie, jeśli są one w jakiś sposób uzależnione od grupy czy osoby, która poprzez upowszechnienie informacji chce swój interes załatwić. O to łatwiej, jeśli mówimy o mediach i ludziach z kręgu władzy. To władza trzyma w ręku reklamy czy wydatki spółek skarbu państwa na media. Raz czerpią z tego media jednej strony, raz drugiej.

W przypadku mediów publicznych bywa najprościej. Tam czasami wystarczy dyskretne polecenie. Przy czym pamiętać trzeba, że jeśli mowa o konfliktach wewnątrz obozu władzy (lub opozycji), lojalność redakcji wybranej przez nadającego sprawę musi leżeć po stronie konkretnej osoby lub frakcji.

To są generalne reguły, tak samo działa to teraz, jak działało w poprzednim układzie politycznym.

Następnie dziennikarz dostaje materiały. I już w zasadzie nie musi się wysilać. Jeśli są to na przykład akta z prokuratury – wystarczy, że zrobi z nich zgrabne streszczenie. Informator podsunie mu, gdzie ma szukać najciekawszych kawałków. To zresztą najpopularniejsza forma tworzenia tego typu tekstów – kopia akt śledztwa jest wdzięcznym i łatwym do opracowania materiałem. Wniosek, jaki ma płynąć z tekstu, jest, rzecz jasna, „zamówiony” przez dostarczającego surowiec. Przy okazji zawsze można uderzyć w jakieś nielubiane czy skonfliktowane z daną redakcją osoby, jeśli tylko przewijają się w sprawie. Wystarczy je wymienić, nawet nie wprost pisząc, że były w coś umoczone. Niech choćby zeznawały w charakterze świadków – to wystarczy. Pojawiają się w kontekście śledztwa, nie szkodzi, że nie są o nic oskarżone ani nawet podejrzane – gdzieś rzuci się jakąś aluzją, stworzy wrażenie niejasności i gotowe.

Własnej pracy dziennikarskiej jest w takim tekście jak na lekarstwo. Akta czy innego rodzaju „gotowiec” można by właściwie dać zdolnemu stażyście do streszczenia, no i ewentualnie do konsultacji prawnikowi, żeby w tekście nie było punktu zaczepienia dla pozwu. Nie ma samodzielnego wynajdywania tematu, nie ma weryfikacji tego, co jest w papierach, często nie ma wypowiedzi zainteresowanych (podobnie jak we wspomnianym na początku tekście). Bo przecież nie o to chodzi – tekst nie powstaje w interesie publicznym, ale w interesie jakiejś frakcji, siły politycznej, biznesmena, konkretnej osoby.

Takich tekstów „śledczych” napisano już bez liku; bez liku powstało podobnych materiałów telewizyjnych. Z ogromną szkodą dla wiarygodności polskiego dziennikarstwa. Odbiorcy bardziej zorientowani, którzy zdają sobie sprawę z tego, jaki mechanizm tutaj działa, stają się z zasady nieufni wobec każdego materiału śledczego, również bez cudzysłowu. Nawet tam, gdzie jest autentyczna praca dziennikarzy, solidna weryfikacja sprawy z każdej strony i dołożono starań, żeby nie stać się instrumentem w niczyich rękach – będą się dopatrywali kombinacji, bo założą z góry, że tego typu materiał można było konstruować jedynie dzięki gotowcom od ich dysponentów.

Potencjalni informatorzy, którzy chcieliby odegrać rolę sygnalistów, bo zostało im trochę przyzwoitości, nie odezwą się, bo będą mieli obawy, że nawet, gdyby coś powiedzieli, zostanie to wykorzystane w czyjejś grze, a ich słowa znajdą się w kontekście, którego by sobie mocno nie życzyli.

Prawdziwi dziennikarze śledczy będą tracić rację bytu, bo ich praca wymaga czasu i pieniędzy, podczas gdy dziennikarstwo „śledcze” na zamówienie, bazujące na gotowcach, jest tanie i szybkie.

Jak zwykle pojawia się zatem pytanie, czy coś z tym można zrobić. I, jak zwykle, jestem pesymistą: chyba niewiele. Bezpośredni interes poszczególnych redakcji i dziennikarzy przeważa nad interesem publicznym i interesem odbiorców. Tym bardziej że na rynku ważne miejsce zajmują media tożsamościowe, których odbiorcy są w większości gotowi zaakceptować niemal wszystko, byle było zgodne z ich sposobem myślenia i widzenia rzeczywistości. Nie oczekują rzetelności, ale potwierdzenia po raz kolejny, że mają rację i moralną wyższość nad innymi.

Pozostaje liczyć na przytomność pozostałych widzów czy czytelników. Na to, że będą umieli odróżnić rzetelnie przygotowany materiał, w którym daje się możliwość odniesienia się do zarzutów wszystkim stronom, od materiału, będącego kopią akt tego czy innego śledztwa.

Łukasz Warzecha

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl