Parę dni temu dostałam wyjątkowo drastyczne, właściwie należy powiedzieć - straszliwe zdjęcie od pewnej szacownej instytucji katolickiej. List dotyczył obchodów 70-lecia rzezi wołyńskiej. Nie będę opowiadać, co było na zdjęciu, którego zresztą nie pokazano od razu na początku tekstu, nie było też żadnego uprzedzenia, co nastąpi. Czytelnik widząc początek kolorowej ramki spodziewał się raczej czegoś w rodzaju symbolu obchodów, jakiegoś logo, w każdym razie nie takiego koszmaru, jaki umieszczono w ramce. Jedynym uzasadnieniem szoku była chęć unaocznienia tego, co się działo na Wołyniu 70 lat temu.
Wysłałam do nadawcy protest przeciwko podobnym praktykom. Nie wolno moim zdaniem nikogo zaskakiwać koniecznością spojrzenia choćby w ułamku sekundy na tak straszne obrazy; mogą one zapisać się w pamięci i prześladować człowieka nawet latami. Potem dostałam drugi list – namiętny apel o pomoc dla katolików z Nigerii, palonych żywcem przez muzułmańskich współmieszkańców. I drugie okropne zdjęcie, poprzedzone tekstem o straszliwych wydarzeniach. Zdjęcie jednak zapowiedziane, można więc było nie spojrzeć, jeżeli się nie podjęło świadomie takiej decyzji.
W kołach dziennikarskich od wielu, wielu lat toczą się dyskusje – jak daleko można się posunąć w opisie lub obrazowaniu okropności przy relacjonowaniu wydarzeń. I na razie nie widać dobrego przepisu na właściwe postępowanie, poza osobistą powściągliwością, szacunkiem dla majestatu śmierci, a także zrozumieniem dla bliźnich, którzy nie chcą nie tylko oglądać pewnych rzeczy, ale nawet wiedzieć, że coś podobnego może się zdarzyć. Pamiętamy oburzenie świata sprzed ponad 30 lat, gdy dziennikarz filmował uliczną egzekucję Wietnamczyka bodajże, zamiast może spróbować mu pomóc. Pamiętamy też ohydne postępowanie jednego z tabloidów w 2004 roku, który pokazał zabitego w Afganistanie polskiego dziennikarza, Waldemara Milewicza. Wtedy zareagowała na to cała Polska, cala prasa. Dziś, gdy któryś z tabloidów pokazał zdjęcie zmarłej p. Jadwigi Kaczyńskiej, niewiele osób się przejęło, przynajmniej mało było o tym słychać.
Nawiasem mówiąc, najwyraźniej świat dziennikarski, nawet związany z katolicyzmem, tępieje. Nic dziwnego generalnie, że dziennikarze tracą wrażliwość nie tylko w odniesieniu do drastycznych wizerunków, ale również złych, okropnych, niszczących naszą pogodę ducha i wiarę w ludzi, informacji, w dodatku niekoniecznie naprawdę ważnych. Wiele redakcji wyznaje ciągle zasadę „trupokilometrów”, jako podstawę pracy nad układem wiadomości. Pisze się, nie wiadomo po co, że na plaży w Sopocie wybuch butli gazowej urwał palce dwom młodym ludziom, ale w Japonii już musiał być wybuch elektrowni jądrowej, żeby ich tam ruszyło, a w Bangladeszu musiało zginąć od tsunami kilkadziesiąt tysięcy ludzi, żeby zrobić niewielką notatkę. Kto na co dzień słyszy o strasznych wydarzeniach, zaczyna sądzić, że taki właśnie jest świat. Tymczasem to nie świat jest taki, świat taki tylko bywa, a taka jest wyobraźnia ludzi, dostarczających nam nowości.
Wracając do drastyczności. Kiedy nie ma dobrego rozwiązania, jak pokazywać rzeczy zbyt straszne, rozwiązania, na które zgodziliby się wszyscy czy choćby większość, warto może skupić się na procedurach. Chroniłyby one tych, co nie mają zamiaru oglądać wszystkiego, co niesie życie, internet i ludzie złej woli. Za taką elementarną procedurę w informacji uważam uprzedzenie, że nastąpi taki czy inny obraz i że będzie on drastyczny. Umożliwiłoby to wycofanie się z drogi do drastyczności każdemu czytelnikowi lub widzowi, który ich oglądania nie chciał.
Sądzę, że na takie minimum można się zgodzić.
