Poczta Polska nie ma ochoty zajmować się prenumeratą gazet. Podobno nie jest to rentowny biznes. Mógłby być, gdyby wydawcy przyjęli propozycję nie do odrzucenia i zgodzili się na nowe stawki. Niestety (dla poczty) branża odrzuciła nowy cennik usług, w myśl którego koszty prenumeraty przekroczyłby ceny egzemplarzowe wszystkich dzienników i większości tygodników. Po dłuuugich negocjacjach strony doszły do porozumienia i umowy zostały prolongowane. Ale tylko do końca roku.


Wiele wskazuje na to, że w 2013 pożegnamy się więc z prenumeratą gazet, ponieważ w tej branży nie ma dla poczty alternatywy.
Ktoś powie: skoro się nie opłaca, znaczy nie ma chętnych. A skoro nie ma chętnych, nie ma sprawy. Tradycyjna prenumerata to przeżytek, jak koń. Można sobie zamówić elektroniczne wydania, prosto na laptopa, tableta, albo smartfona. Ale sprawa ma drugie dno, które w ogóle pozostaje poza publiczną debatą.

Otóż kolportaż prasy przypomina dziś wiele innych usług publicznych, z których państwo się wycofuje. Zwijane są połączenia kolejowe i autobusowe. Jeździ się tylko tam, gdzie linie są rentowne. Coraz większe obszary kraju stają się w ten sposób pustyniami. I nie chodzi o wykluczenie cyfrowe, ale cywilizacyjną katastrofę. Za chwilę będzie ona dotyczyła także dostępu do prasy. Kiosków z gazetami już dawno na prowincji nie ma. Dla wielu ludzi (tych o oldskulowych, kulturalnych nawykach) prenumerata była ostatnią deską ratunku. Ale po co komu deski…

To prawda, w Polsce prenumerata zawsze stanowiła margines, inaczej niż w Austrii, Niemczech czy Skandynawii. Margines zarezerwowany dla wsi i małych miejscowości. Zajmowała się nim poczta właśnie dlatego, że obsługiwanie tej grupy postrzegano jako obowiązek państwa wobec obywateli. Taki sam, jak utrzymywanie ośrodka zdrowia, okienka pocztowego czy przystanku PKS daleko od głównej szosy. Wydawcy (a są nimi już wyłącznie duże międzynarodowe koncerny) jakoś przeżyją koniec prenumeraty. Nieprzypadkowo przez ostatnie 20 lat nie inwestowali w Polsce w alternatywne dla poczty sieci dystrybucji. Polegali wyłącznie na kioskach i pewnie na kioskach polegną. Bo też znikają one z krajobrazu polskich miast. Inwestycja w zmianę nawyków konsumenckich pewnie by się teraz zwróciła. Wystarczy porównać wyniki sprzedaży prasy w krajach, gdzie dominuje prenumerata, z tymi, gdzie przeważa sprzedaż uliczna. Ale komu tam w głowie było długofalowe myślenie. Skończy się ten binzes, będzie inny.

Kto zatem powinien  po prenumeracie zapłakać? Władza publiczna, jeśli ma jeszcze resztki poczucia obowiązku. Będzie to bowiem kolejny cios w kulturowa tkankę narodu. I kolejne osłabienie demokracji. Nieprzypadkowo w większości krajów UE rządy dotują prenumeratę (a nie konkretne wydawnictwa). Zależy im bowiem na podtrzymywaniu nawyków czytelniczych. Nieprzypadkowo pierwszą propozycją prezydenta Sarkozego, na wieść o spadkach na rynku prasy, było dotowanie prenumeraty gazet dla uczniów francuskich szkół.  Ciekawe, co się w Polsce musi wydarzyć, byśmy zaczęli o sytuacji mediów drukowanych rozmawiać w takich kategoriach?



Piotr Legutko
11 kwietnia 2012
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl