Piątkowe wyniki wyborów uzupełniających w okręgu Eastleigh zaskoczyły wszystkie brytyjskie partie. Ale najbardziej – modernizatorów z Conservative Party, która znalazła się dopiero na trzecim miejscu. Oraz – tym razem miła niespodzianka – Liberalnych Demokratów, którzy nie mieli nadziei na zwycięstwo, bo wciąż borykają się z sex–aferą, w którą uwikłany jest lord Rennard, jedna z najważniejszych figur ugrupowania.
Oto, mimo śledztwa wewnątrzpartyjnego, które ma odpowiedzieć na pytanie czy lord Rennard napastował czy nie swoje podwładne, kandydat lib - demokratów Mike Thornton zajął w pierwsze miejsce z wynikiem 13.342 głosów. Na drugiej pozycji znalazła się kandydatka UKiP, Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Diana James / 11.571/, a dopiero na trzeciej – toryska Maria Hutchings z nieco ponad 10 tysiącami głosów. Kandydat Partii Pracy musiał się zadowolić czwartym miejscem z zaledwie 4 tysiącami głosów, co wskazuje na stopień zagubienia programowego labourzystów oraz kiepskie notowania ich przywódcy, Eda Milibanda. „Gloom for the Conservatives, great relief for Lib-Dem” – informowały w sobotę wszystkie brytyjskie media. Ale w gruncie rzeczy podział na zwycięzców i przegranych jest bardziej skomplikowany, bo o ile torysi modernizatorzy mają powody do lamentów, ich partyjni koledzy – tradycjonaliści zacierają ręce. Z kolei liberalni demokraci triumfują, ale labourzystowska lewica ponosi kolejną porażkę. W każdym razie nie ma wątpliwości, że wielkim wygranym jest Partia Niepodległości, która już szósty raz w wyborach uzupełniających wymanewrowała konserwatystów. A ci ostatni otrzymali kolejny sygnał, że jeśli - adaptując pomysły programowe laburzystów pójdą w swoich koncesjach za daleko „na lewo” – przyjdzie czas, że część ich wyborców zagłosuje na UKIP. W istocie już to robią.
Już miesiąc temu po wystąpieniu Camerona w agencji Bloomberga, gdzie ogłosił reset stosunków z Unią Europejską, gospodarz lewackiego programu radiowego Today, John Humphreys, zapytał Nigela Farage’a: ”To przemówienie, to także wasze zwycięstwo, prawda?” Na co Farage odparł skwapliwie: ”Oczywiście. To rezultat naszych nacisków na Partię Konserwatywną. Ale naszym największym zwycięstwem jest to, że wyszliśmy z getta, że zmierzamy do mainstreamu”. Jasne, że „duch nie spadł z nieba”, i nic nie dzieje się bez przyczyny. Ze to co obserwujemy, to „boomerang efect”, wynik zmęczenia i niezadowolenia społeczeństwa z 13-letnich rządów Partii Pracy i przesunięcia na lewo myślenia o państwie, prawie, rodzinie, kontaktach z Unią Europejską. Duża część elektoratu po prostu tego nie chce. Potwierdził to w piątkowym magazynie Today sam Nigel Farage. „ Drugie miejsce w wyborach uzupełniających, to wielki sukces UKIP. Czy można się temu dziwić? Mamy dziś trzy partie socjaldemokratyczne, laburzystów, liberalnych demokratów i konserwatystów. Oczekiwania tych, którzy myślą inaczej niż oni, zamiatane są pod dywan, i ludzie mają tego dość”.
David Cameron wprowadza w życie swoje reformy tak opieszale, że w połowie kadencji właściwie trudno powiedzieć, na ile Farage ma rację. Bo z jednej strony media niemal codziennie przynoszą informacje o powolnym demontażu państwa opiekuńczego. Np. wczoraj ogłoszono, że 56 tys. samotnych matek żyjących na zasiłku, który przekracza 1200 funtów miesięcznie / 5500 złotych/, jeśli nie chcą utracić 380 funtów, muszą podjąć pracę, choćby na ćwierć etatu. Z kolei dziś „Sun” w artykule pod znaczącym tytułem „Hasta la vista!” /„Zegnajcie!/, przynosi wiadomość, że w ub. roku liczba „studentów” na fałszywych papierach, którym pozwolono zostać na Wyspach, spadła o jedną trzecią. Zatem, coś się dzieje, jednak wszystko to przypomina „wyścig zahamowanych pojazdów”. David Cameron podejmuje zapowiadane w manifeście wyborczym reformy tak ostrożnie, że nie zadowalają one ani prawego skrzydła partii torysów, front i back benchers, ani jego wyborców.
Tak więc konserwatyści - modernizatorzy przeżyli w piątek kolejny szok, za to tradycjonaliści zacierają ręce. Bo z jednej strony nie wierzą, że UKIP może im naprawdę zagrozić, z drugiej – kolejny raz się przekonali, że Farage może być skutecznym straszakiem na modernizatorów. A Nigel Farage od piątku niestrudzenie powtarza jak mantrę: ”Chcemy znowu mieć wpływ na nasz kraj, na naszą demokrację i kontrolę nad naszymi granicami”. Współbrzmi ono nieżle z oczekiwaniami tej grupy wyborców, która pamięta jeszcze stanowczość i skuteczność działania premier Thatcher. A także uruchamia ten segment prawicowego elektoratu, który po zwycięstwie labourzystów w 1997 roku w ogóle przestał głosować. Ale prawdą jest także, że Farage operuje jedynie kilkoma hasłami, atrakcyjnymi dla Brytyjczyków, zmęczonych przeciążoną służbą zdrowia, ledwie zipiącym systemem szkolnictwa i przerostami państwa opiekuńczego, którego beneficjentami są często przybysze z dalekich krajów. W maju tego roku odbędą się wybory do władz lokalnych, a w przyszłym roku – do Parlamentu Europejskiego. Więc już niedługo zobaczymy, na ile nośne są hasła Farage’a, i jak przełożą się na ilość i proporcje głosów w urnach.
Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 4 marca 2013.
