Mój kolega dziennikarzo-pisarz, choć on wolałby żebym napisał pisarzo-dziennikarz, sadzi jaja na patelni i smaruje w książkach o tym. No gdyby tylko, ale niestety między tymi poradami wymądrza się światowo i filozoficznie. A potem puszy. Szołochow to on nie jest a seriale z rondlem w herbie to nie „Cichy Don”. Niemniej myślę, że mógłby zostać dyrektorem I-szego programu telewizji.
Konkurs właśnie się toczy. Do dziś, czyli 5-tego bm. do 5-tej P.M. można składać papiery. Wejdźcie na stronę TVP zobaczcie co trzeba i – radzę – nie namyślajcie się długo: biegiem na Woronicza. Byle do 17-tej.
Konkursy w mediach publicznych, nie tyle ostatecznie, jak pisze mój kolega w rubryce obok, zakończyły się klapą, a zupełnie przedostatecznie, a nawet zupełnie pierworodnie zaczęły się od klapy, co było do przewidzenia z góry. Już na samym początku zostały wymyślone bez sensu. Ja sobie marzę - oczywiście zupełnie naiwnie – by odbywały się przy „otwartej kurtynie”. Na tak ważne stanowisko jak prezes publicznej telewizji, a nawet jego I-szy praktycznie pomocnik – dyrektor 1-ki – to przecież dobrzy by było, gdybyśmy wszyscy sobie właśnie w telewizji obejrzeli kandydatów. I jeszcze śmiem twierdzić, że taki otwarty konkurs – choćby i emitowany po północy, ale koniecznie na żywo – byłby programem przyciągającym więcej widzów niż GAGA GOTUJE ZUPĘ, A BUBA PIĘKNIE ŚPIEWA.
Tymczasem jest, jak jest. I dobrze wiemy jak się sprawy potoczą. Chętni z nadzieją wypełnią polecenia decydentów z TVP. Wyznaczeni jurorzy będą czytać i wybranych pytać. Ale to gra pozorów. I tak, jak zawsze, wskazani przez firmę ludzie wybiorą wskazanych przez kierownictwo TVP, bo przecież w końcu i ci wskazujący z „Olimpu” przy Samochodowej, róg Woronicza zostali wskazani przez Krajową Radę, która to wskazana była i jest tworem zawiadujących aktualnie państwem. Tak to się kręci. Mój przyjaciel kucharz-pisarz na pewno ma szanse jeśli dobra jego zupa, a on sam nie d… i ma polityczne poparcie.
U pani profesor Dobek – Ostrowskiej wyczytałem: „dziennikarze nie potrafią uwolnić się od nacisku politycznego”. Jasne, koniecznie sami powinni się od tego uwolnić - tak jak od kokluszu czy rzeżączki. Najlepiej poprzez zbiorowy protest z licznymi podpisami. Wyjście na ulicę uważam z góry za mało skuteczne. Nawet pod liczniejszą niż oni ochroną policyjną, mogą być mało zauważeni. No, chyba żeby coś spalili albo pokrzyczeli przez wzmacniacze.
Można też iść do swojego kierownika – i rzucić mu odważnie prosto w twarz: „już nie będę robił materiałów tak jak Pan chce – ale jak ja uważam za słuszne, nie będzie mnie Pan molestował zgodnie z przykazaniami pańskich szefów, tak dalej być nie może!”
Nawet pisząc te słowa – choć wiem, że to abstrakcja, którą w końcu sam tu wymyślam – spociłem się ze strachu. Co realne to realne, kamikadze nie łażą po Marszałkowskiej. Jest, jak jest. Morda w kubeł i słuchać… w tym wypadku telewizji!
Zgłosiłbym się na taki konkurs, ale boję się, że zamiast przed oblicze masowego, wielce zasłużonego jury – zaprowadzi mnie strażnik do stołówki i zorganizuje dla biednego starca darmowy posiłek. Litościwi w TVP to oni w końcu chyba są. Tyle o tym przecież nadają w programach.
U pani profesor, niewątpliwie znającej media, było jeszcze i to: „w oparciu o badania nie można stwierdzić, że w ostatnich wyborach TVP czy Polsat, podobnie jak RMF FM oraz Radio Zet popierało jakąś partię polityczną…” Czyżby? Patrzyliśmy w końcu na te same telewizje. Słuchaliśmy tych samych naganiaczy i plujków. Niektórzy aż się zapieniali. A może ja mam zeza i źle widzę?
Naukowe badania – to czym dłuższy elaborat, tym bardziej zaciemnia. Podobnie jak rozmaite tysiąc stronicowe gnioty prawodawcze. Trzeba by tym twórcom płacić nie „od metra”, ale czym krócej ujęte będą zasady – tym więcej zarobią. Bo fakt, że „krótko” jest trudniej. Humaniści bierzcie przykład z prof. Bralczyka, to mistrz. Ile tam treści w krótkim czasie emisji jego poradnika językowego. Tylko słuchać i uczyć się.
Z moim innym kolegą, Jackiem G., pracowaliśmy niegdyś usilnie i z dużym samozaparciem „u” i „dla” Mariusza Waltera. Nazywało to się „Studio – 2”. Szef potrafił tak gnać do pracy swoich pracowników, że zapominało się o bożym świecie. Naprawdę. Taki miał dar, chyba spryt również, że nawet nie poganiał, a wszyscy z zapałem zasuwali ile tylko się dało.
Co zrobić, jak wyłuskać konkursowicza, by znaleźć takiego właśnie. Wielka forsa – to za mało, co uświadomili boleśnie pampersy. Groźby, że wyleją? I tak wyleją, bo rotacja w tej neomuzie jest duża.
Ja gdybym – nie daj Boże - był jurorem postawiłbym na intuicję. W ciągu 46 lat pracy w tym jobie – wydaje mi się - że łatwo rozpoznałbym kto nadaje się do dziennikarskich funkcji: czy to wyrobnika czy kierownika. To naprawdę można (no, z jakimś tam błędem) rozpoznać „po oczach”. Jeden to ma, a inny choćby nie wiem jak mądry i oblepiony dyplomami – nie. (Tak np. wspomniany geniusz telewizji – a z tym powszechnie się prawie wszyscy zgadzają – to hydraulik z politechnicznym wykształceniem, a jednak to spec od mediów!) A więc nie sukienka, ale to co ma w sobie panienka – jest ważne. Zacznijmy wyliczankę: dyrektor musi być człowiekiem mądrym. Niby to oczywiste, ale dlaczego tak dużo wokół szefów idiotów. Musi być odważny. Mieć poczucie własnej wartości i wiedzy. Nie bać! Nie bać się swoich nominalnych zwierzchników. Oni i tak, czy siak mogą go wylać w każdej chwili. Wystarczy, że zmieni się układ. W związku z tym trzeba działać - po załapaniu stołka – szybko i zgodnie z własnymi przemyśleniami. Bo przychodzić trzeba już z gotowym projektem. Przynajmniej z zarysem. Trzeba z góry wiedzieć po co się idzie do tej cholernej telewizji publicznej, widzieć jej nędzę, ale i wspaniałe możliwości. Trzeba wiedzieć i chcieć konkurować z komercją. No i trzeba stawiać na ludzi, na współpracowników najlepszych. Nie bać się, że zagrażają. Nie tłumić, ale ze wszech miar pomagać. Bez kunktatorstwa, że a nuż mnie przerośnie. I tak przygoda z Telewizją będzie trwać krótko. Ale może być wspaniała. I dobrze można się zapisać w pamięci zarówno załogi firmy, jak i telewidzów. Suma summarum to jednak masowa widownia, która wcale nie jest głupia i wystawia sprawiedliwą ocenę.
Tak więc dziewczyny (!) i chłopaki walcie śmiało na Woronicza (byle do 17-tej). Zróbcie jurorom kłopot. Może i odrzucą, ale będą musieli popracować nad uzasadnieniem wyroku. Nakazuje to „kultura śródziemnomorsko-europejska” i dobry obyczaj.
Nadal wierzę – niepoprawny optymista - że w końcu konkursy telewizyjne będą prowadzone przy otwartej kurtynie. Wtedy się zgłoszę.
Stefan Truszczyński
04.12.2011
