Jakiś czas temu postulowano, ja również, zmianę przepisów prawa karnego wymierzonych w tych, którzy obrażają najważniejszych urzędników w kraju. Chodzi przede wszystkim o zapis o publicznym znieważeniu prezydenta, za które grozi do 3 lat więzienia.

Sprawa - wydawało mi się - jest niezwykle istotna, przede wszystkim z perspektywy mediów i dziennikarzy, ale i generalnie z perspektywy swobód obywatelskich, a nawet demokracji. Nadinterpretacja podobnych przepisów już nieraz w historii okazywała się kneblem dla mediów i wolności słowa. A jednak zmieniam zdanie. Przepisy powinno się rozszerzyć.

Nie tylko prezydent, premier, ministrowie, wojewodowie, pomniejsi urzędnicy powinni znaleźć się pod ustawową ochroną, ale i przywódcy partii, posłowie, a także ich asystenci. Co więcej, przepisy powinno się zmienić w tym kierunku, by naród i media nie mogły nie tylko ludzi tych nie obrażać, ale musiały im też oddawać należytą cześć.

Argumentów dostarcza nam matka historia. Spór o obrazę majestatu toczył - jak kornik drzewo - starożytny Rzym, w którym jak wiadomo cesarzy powszechnie mordowano, ale nie bardzo można było ich obrażać. Zależało to głównie od cesarza. Otóż światli cesarze, pewni swojej siły, popularności, nie troszczyli się o prawną ochronę swojego majestatu. Procesy o jego obrazę zaczął masowo wytaczać zlękniony cesarz Tyberiusz, żyjący w kompleksie swojego wielkiego poprzednika Oktawiana Augusta. Z reguły kończyły się śmiercią podsądnych, gdyż prawo rzymskie traktowało „obrazę” jako zdradę. Potem prawo to stosowali dość powszechnie tak cenieni przez historię faceci jak Neron lub Kommodus (cesarz - wariat, sportretowany m.in.  w filmie „Gladiator”).

Z procesów o obrazę majestatu rezygnowali za to cesarze światli i silni. Tacy jak Tytus Flawiusz, który - jak pisze Zygmunt Kubiak - „przepędzał od siebie pochlebców, którzy chcieli go informować, kto o cesarzu źle mówi. Zresztą wiedział, że o nim się dobrze mówi”, albo tacy jak Marek Aureliusz, sam zdolny do bardzo krytycznej introspekcji.

No więc myślę, że do naszych władców lepiej pasują czasy, kiedy procesy stosowano. Lepiej pasują do rządzących polityków, którzy tuż przed wyborami szumnie zapowiadali zmianę tychże przepisów, likwidację artykułu 212, szereg wolnościowych zmian, poszerzenie obszaru wolności słowa. A dziś? Prezydent kombinuje jak ograniczyć prawo Polaków do demonstrowania. Premier wychwala policję, która nie dość, że nie potrafiła obronić dziennikarzy przed atakami chuliganów, to jeszcze brutalnie pobiła kilka niestawiających oporu osób. A lider opozycji promuje karę śmierci, bo to dziś w Polsce najbardziej paląca sprawa.          

Nasi najważniejsi urzędnicy i politycy sami w oczach Polaków i dziennikarzy na szacunek i wiarygodność nie zapracują. Byśmy więc ich należycie szanowali konieczne są nowe ustawy o obowiązku czołobitności. Co prawda drzemie w tym dla nich pewne niebezpieczeństwo. Cesarze, którzy nie stosowali powszechnie przepisów o obrazie majestatu po śmierci byli z reguły zaliczani przez senat w poczet bogów, ci drudzy nie byli, albo byli nawet uznawani za „przeklętych”. No, ale cóż, rozrzutna kochanka króla Ludwika XV, która rozpropagowała przysłowie „po nas choćby potop”, żyła dopiero w XVIII wieku. A my - zarówno politycy, jak i dziennikarze - idziemy z postępem.
 


Wiktor Świetlik

26 listopada 2011      

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl