Mamy odbierać, że to taka moda. I dlatego telewizyjne gębusie przychodzą do roboty niedogoleni. Dobrze, że panie nie wymyśliły – będziemy rozczochrane. Jeśli ktoś ma zarost jak players – jest ok, ale gdy rosną mu jak mandarynowi trzy włoski na krzyż, to niestety taka buźka wygląda brudno i niechlujnie. Niech idą do radia, bo tam nie widać.
Po co się tą sprawą w ogóle zajmuję? Bo to dziwne. Telewizje ładują miliony w scenografię - a gęba, która potem zajmuje i tak najwięcej miejsca na całym ekranie - sama się oszpeca. Gdyby to byli Marloni Brando albo panowie Peckowie może dałoby się wytrzymać, ale nasi młodzi koledzy winni raczej stawiać na intelekt – co zresztą nie zawsze im wychodzi. Kozia bródka sprawy nie załatwi. Bee…
Uroda od Bozi, rozumu można nabrać. Najłatwiej – po przejściach. Można zaobserwować, że zawsze taki – taka po przejściach, jeśli wygramoli się z tarapatów i wróci, to jest mądrzejsza, ciekawsza. A więc nie rozpaczajcie tak bardzo koledzy – koleżanki, gdy was wywalą z roboty – a to zdarza się coraz częściej – zaciśnijcie zęby i walczcie! Co mnie nie zabije - to mnie wzmocni. Tak uważam, bo wypraktykowałem.
Mówią – nie samą pracą człowiek żyje. Z dziennikarzami jest jednak inaczej. Dziennikarstwo wciąga. Praktycznie człowiek chodzi i bez przerwy kombinuje co napisać, nakręcić. Tematy – wiadomo – leżą na ulicy. Wystarczy się schylić – ale czasem się nie chce (kręgosłup) albo nie warto (np. po gówno). Coraz więcej dziennikarzy, więc coraz więcej osób szuka. Tyle, że krąg postrzegania często mały, zacietrzewienie za to duże. Latają po Sejmie wścibscy i bezkompromisowi. Posłowie niby chowają się przed kamerami, ale nie tak by ich nie znaleźć. Uciekają, ale nie za szybko. Jedni warci drugich. Dziennikarska posługa sejmowa – niby taka wyczerpująca - to jednak bezpieczniejsze niż biegać po wojennym froncie lub choćby pójść z kamerą do Harlemu. Bełkocik więc z ekranu się leje, a dokumentu (choćby w stylu BBC) jak na lekarstwo. Nie ma na to pieniędzy, są za to tysiące złotych na fotel dla „idola” – jurora, który pluje na wszystkich uważając, że zapewne to masochiści.
Dziennikarz musi być odważny i oczywiście klęski to zawodowe ryzyko. Obronić musi się sam – za społeczna pomocą. Nie decydentów, ale przede wszystkim ludzi, czytelników, widzów i własnego rozumu. Jesteś wierny – będziesz mierny. Jesteś krytykujący, prawdy szukający – będziesz kłopotem najpierw dla własnego szefa, a potem kłopotem szefa u jego szefów. No, chyba, że na koniec okaże się, że ten mały – odważny – tam na dole miał jednak racje. Ale wówczas i tak zasługi zgarną…. szefowie. Choć bywają i tacy, którzy chronią niepokornych i nawet niegrzecznych, bo ci w końcu i tak przede wszystkim pracują na tych na wierzchu.
Tak czy owak nie warto płakać nad rozlanym mlekiem. Walczyć tak. Ale ginąć za lidera, za partię, za gazetowy tytuł – to głupie. Nie ma teraz wojny. Są tylko przewalanki. A dziennikarze winni pracować i to we wpływowych mediach. Bez odbiorców ich mądrzenie się, ich – myśli i propozycje w ogóle nie dotrą szeroko do czytelników, widzów i słuchaczy. Powinni pracować! A nie przebywać na wewnętrznej emigracji. Na szczęście jest Internet, a więc zawsze pozostaje niezależne pole do demonstracji. Nie pokazywanie obrażonej buzi, ale przedstawianie poglądów i przekonań, pomysłów i propozycji.
Są też (teoretycznie) opiekunowie – stowarzyszenia twórcze i związki zawodowe. Jak dotąd ci „obrońcy” nie potrafią zjednoczyć działań. Są „stowarzyszeniowcy”, którzy obłudnie klepią mantrę, że stowarzyszenia nie mogą wychodzić poza przypisaną im, statutową rolę. Ale to nie stowarzyszenia nie mogą, tylko leniwi i tchórzliwi ludzie nie chcą. Jak nie potrafisz (gorzej – nie chcesz) nie pchaj się na afisz.
W obronie dziennikarzy ( i seniorom i jurorom – coraz trudniej) wszystkie stowarzyszenia i związki powinny mówić jednym głosem. Inaczej nic nie załatwimy. Podzieleni zostaniemy zakrzyczani, ograni. Tylko wspólne akcje mogą być skuteczne. Zostawmy na boku przekonania sfery politycznej i światopoglądowej. Zajmujmy się rzetelnie i z dociekliwym uporem losem kolejnego pokrzywdzonego kolegi, przynajmniej nagłaśniajmy maksymalnie te sprawy. Nie ma tabu, nie powinno być pseudo – tajemnic i blokowania informacji. Otwórzmy łamy i podwoje dla wolnej wymiany myśli, upowszechnienia informacji. Taka też winna być rola SDP i jego Centrum Monitoringu Wolności Prasy, przy wykorzystaniu możliwości lokalowych jakie stwarza (i to całemu środowisku dziennikarskiemu) wspaniały nasz Dom Dziennikarza w Warszawie przy ulicy Foksal 3/5. Ustalmy stały termin (dzień i godzinę) cotygodniowych spotkań – np. w czwartki o czwartej, by przeciwdziałać przewagi gadulstwu i pyskowaniu (choćby najsłuszniejszemu) zapraszajmy (raz na miesiąc) na muzykowanie. Mistrzowie batuty i smyczka są chętni. Wierzę, że to się uda.
Stefan Truszczyński
14.11.2011 r.
