Słucham, czytam, oglądam media i nadziwić się nie mogę. Jacek Kurski, polityczny celebryta, uzyskał zakaz sądowy pisania o swoim romansie. Uzyskał tyle, że jego życiem prywatnym zainteresowały się osoby, którym było ono obojętne. Ale jednak jest to kolejna blokada nałożona na media: najpierw był zablokowany film „Witajcie w życiu” Henryka Dederki o Amwayu, a niedawno wstrzymana emisja reportażu Pawła Kaźmierczaka „Podwójne zło” o szkole Św. Jana de La Salle w Gdańsku. Pisałem, że to niedobra praktyka, wstęp do cenzury prewencyjnej. Sądy będą decydować prewencyjnie, co wolno i o kim publikować a czego nie wolno? Jeśli „Nie” chciało przywalić Kurskiemu i naruszyć jego dobra, to przecież jest droga sądowa do naprawienia takiej szkody. Kurski wybrał drogę na skróty. Kto następny?

Coraz ciekawiej używany jest Twitter. Słuchałem audycji porannej w TOK FM. Uczestnicy: Jarosław Gugała, Paweł Lisicki, Bartosz Weglarczyk i prowadzący Tomasz Sekielski. Dyskusja zażarta, bo o związkach partnerskich i wywiadzie z Jarosławem Kaczyńskim. Węglarczyk prawie nieobecny, w ogóle się nie odzywa. Nagle Sekielski mówi, że Węglarczyk „zatwittował” do niego, żeby go dopuścił do głosu. Przykład „komunikacji bezpośredniej” i nowej roli Twittera. Siedzą panowie obok siebie w studiu radiowym i jeden z nich wysyła drugiemu wiadomość za pomocą nowych mediów. A pamiętam, że mnie uczono, żeby w towarzystwie nie mówić na ucho. Ale przecież Twitter to nie ucho. Ciekaw jestem, czy wielki fan Twittera Eryk Mistewicz doceniłby to rewolucyjne zastosowanie nowej formy komunikacji?

Przy okazji: pluralizm w radiu Tok FM polega ostatnio na tym, że wśród zaproszonych gości bywa jedna o poglądach odmiennych. Trzy pozostałe mają podobne. Po co więc do studia zapraszać aż tyle osób. Wystarczą przecież dwie, byle miały różne zdania…

Felietoniście wszystko uchodzi na sucho. Bo może pisać z przesadą, a często nawet nie zważając na fakty. Szczególnie wtedy, kiedy jest sławny. Jak Łysiak w „Do Rzeczy”. Świetny znawca Napoleona i historii Francji wziął się za sprawy amerykańskie i obronę Richarda Nixona. I trafił kulą w płot. Otóż – twierdzi Łysiak – afera Watergate była wyłącznie brudną grą polityczną przeciwko Nixonowi i jednym wielkim oszustwem! Łysiak atakuje „Washington Post”, dziennikarzy śledczych, pomija niewygodne fakty, zdawkowo opisuje przestępcze działania tzw. hydraulików, działających wespół z Komitetem Reelekcji Prezydenta (Nixona – red.), wymierzone w Partię Demokratyczną i polityków tej partii, nie zauważa szeregu prób tuszowania przez prezydenta USA śledztwa w sprawie Watergate, pomija skazanie przez sądy najbliższych współpracowników prezydenta, oszustwa z taśmami z podsłuchów w pokoju owalnym Nixona, i słowem nie wspomina, że wszczęcie procedury impeachmentu aprobowali kongresmeni z Partii Republikańskiej. Fakty świadczą wyraźnie przeciwko Nixonowi (Nixon przyznał się do swoich błędów w wywiadzie z Davidem Frostem). Dodatkowo Łysiak wprowadza w błąd czytelników, sugerując, że Mark Felt (informator Boba Woodwarda z „Washington Post”, wiceszef FBI) przekazywał dziennikarzowi, a nie dwóm dwudziestokilkuletnim dziennikarzom – jak pisze Łysiak - pełne informacje ze śledztwa, prowadzonego przez FBI. Przeciwnie – podawał tylko ogólne wskazówki wyłącznie Woodwardowi, i rzadko konkrety. Wszystko to zostało opisane w setkach publikacji i jest znane dziennikarzom i historykom mediów, ale dla Łysiaka ważniejsza jest z góry założona teza (o brudnej politycznej walce z Nixonem) niż ogólnie uznane historyczne fakty. Niedostrzeganie pracy własnej dziennikarzy (setki rozmów i informatorów) i lekceważenie zarzutów jakie spotkały Nixona i jego sztab wyborczy jest dla mnie przykładem najbardziej kuriozalnego tekstu, jaki o aferze Watergate kiedykolwiek czytałem.

W tygodniku „W Sieci” Krzysztof Feusette pisze o mediach mainstreamowych i z uporem (podobnie jak większość publicystów prawicowych) nie zalicza do nich tygodnika, w którym pisze. Ten upór budzi wciąż moje zdumienie. Panowie, czas uznać, że weszliście do głównego nurtu! Po 120 tysięcy nakładów „Do Rzeczy”, „W Sieci”, około 50 tys. „Uważam Rze”, ponad 70 tys. „Gazety Polskiej”, nie licząc nawet 140 tys. czytelników „Gościa Niedzielnego” daje, ni mniej ni więcej, co najmniej 360 tys. sprzedawanych egzemplarzy konserwatywno-prawicowych tygodników i przewagę nad pozostałą czwórką lewicowo-liberalno-centrową („Wprost”, „Newsweek”, „Polityka”, „Przekrój”). Główny nurt, mainstream, z definicji, nie może być „mniejszym nurtem”. Nie może być też jakimś „drugim obiegiem” i prasą alternatywną, chyba, że uznamy, że „alternatywny” znaczy „większościowy”. Dziwi mnie, że niektórzy dziennikarzy nie chcą cieszyć się z zamiany ról, ale jeśli nie chcecie, by Waszą prasę nazywano tak samo, jak „tamtych”, to nazywajcie ich prasę (pro)rządową, a swoją - opozycyjną. I wtedy wszystko będzie jasne.

I na koniec coś optymistycznego. Obejrzałem mecz Borussi Dortmund z Szachtarem Donieck. Nie komentował go Dariusz Szpakowski. Kibice, których oburzył komentarz Szpakowskiego w czasie ostatniego meczu Realu Madryt z Barceloną i domagali się, by nie relacjonował kolejnych, dopięli swego! Ale, była to radość tylko chwilowa, bo Szpakowski jednak był sprawozdawcą skrótu meczu Realu z Manchesterem United. Siła przyzwyczajenia wzięła znowu górę!

Czytam, słucham i oglądam, i nadziwić się nie mogę. Za dwa tygodnie będzie podobnie.

Marek Palczewski

14 lutego 2013


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl