Odbieram telefon. Z jakiejś firmy, której nazwa – „Pipsiński-Pipsińska” – nic mi nie mówi, ale nawijają grzecznie, więc słucham : „Wygrał Pan aparat, kamerę, wycieczkę – i dalej bla-bla – ale są dwa warunki : wiek od 18-stu do 60-ciu lat …” – dalej już nie słucham. Dlaczego „staruszkowie” powyżej 60-tki mają iść won ? No, trudno. Firma się reklamuje. Może i wie, co robi.

Dlaczego natomiast nie reklamuje się Telewizja Polska S.A., że chce, od kilkunastu lat, sprzedać swoją starą siedzibę Oddziału Regionalnego w Gdańsku przy ulicy Sobótki - niegdyś piękny obiekt: stylowy pałacyk, pomieszczenia produkcyjne i w ogóle wspaniały teren z dala od zgiełku.

Teraz chcą za niego 7,7 miliona złotych. Widziałem tylko jedno ogłoszenie w „Dzienniku Bałtyckim” i tyle. Dlaczego telewizja, taka potęga reklamowa, sama sobie nie chce (nie potrafi?) zapewnić właściwego nagłośnienia? Czy to znowu jest tak, jak z wieloma upadającymi zakładami w Polsce ostatnio bywało, że najpierw doprowadza się obiekt do ruiny, aby potem sprzedać go za grosze?

Prezes Jarosław Kaczyński chwali się, co zrobi gdy wygra. Taka jest w końcu jego rola przed wyborami. „Wywiadowczyni” zdaje się go nie słuchać, wchodzi – jak to się mówi – w słowo i wygłasza swoje poglądy zamiast pytań. To nie wywiad z kandydatem – to autoreklama z obu stron. Z tym, że polityk robi to świadomie, a dziennikarz prezentuje się w ten sposób zupełnie nieprofesjonalnie. Sam sobie psuje program. Kluczem do sukcesu wywiadu są dobre pytania. Czy ktoś jeszcze tego uczy w tak licznych, stanowczo zbyt licznych i przez to słabych, dziennikarskich uczelniach ?

Młody reporter w TVP-INFO ma 5 minut na ogólnopolskiej antenie i zamiast sypnąć ciekawymi, nieznanymi informacjami o swoim regionie (w tym wypadku chodzi o dynamiczny Rzeszów) ględzi o znaczeniu telewizji regionalnej, którą właśnie ta jego publiczna telewizja coraz bardziej ogranicza. Potem jeszcze szef całej tej anteny opowiada nam co będzie! Więc niech już w końcu będzie! Nie zapowiadajcie, nie obiecujcie – róbcie!

Ludzie telewizji mizdrzą się wprawdzie ponad miarę, ale tak naprawdę to traktują telewidza jak idiotę. Oni do niego mówią a on ma słuchać. Telewidz skazany jest na bierność. Jego zadanie to patrzeć, przełykać, odbierać. I niech się skręca w fotelu, niech sobie rzuca mięsem i protestuje. Głupi. Po co on to w ogóle ogląda? No, ale on chce oglądać! No to ma! Och, gdyby tak na czerwonym paseczku albo w rogu ekranu można było śledzić to, co się dzieje przed telewizorami. Gdyby na antenę mogli wedrzeć się nie tylko, jak w programie Miecugowa, lizusy prześcigający się w pochwałach - bo tacy właśnie widzowie w ramach autoreklamy najczęściej wpuszczani są na fonię. A na wizji widzimy wtedy w studio skromnisiów, którzy robią miny: „Ach, wystarczy już, wystarczy…”

Przesyt gorszy od niedosytu. Gdy Wojewódzki po raz siedemdziesiąty siódmy włazi na ekran z tym samym dowcipem – to już na pewno wystarczająco obrzydził mi swój program.
A jednocześnie wymyśla się prawnicze łamańce, by nie zareklamować nowej codziennej gazety. Dla „wojującego” redaktora Sakiewicza to zresztą stanowi najlepszą reklamę.
Za darmo. Na wstępie ma zakaz, czyli to, co w przekornym narodzie najlepiej napędzi mu czytelników.

Owszem, przydałaby się chwila refleksji, czy te wszystkie penetracje reklamowe naszych narządów – to sam smak i urok, i niezbędne wypełnianie misji… reklamowej.

Wydawnictwa gazet codziennych biorą się za drukowanie już nie tyko periodyków ale i książek. Po prostu same mogą je zareklamować - najtaniej. Wydawnictwa mają wprawdzie Internet, ale ciągle jeszcze słowo drukowane wypełnia kioskowe lady. Z tym, że, co widać w punktach sprzedaży wieczorem, zwroty są coraz większe. Kioskarze mówią na to fachowo, że „nadział” jest za duży. Mielimy więc papier i lasy. Kontrolerzy dystrybucji – sojusznicy reklamodawców – mierzą to wszystko ponoć rzetelnie i pracochłonnie. Ale rozmiary czytelniczego zainteresowania można uchwycić bardzo prosto: pytając kioskarza ile egzemplarzy poszczególnych tytułów sprzedał. Tak też robię. I myślę, że wiem jak jest naprawdę. Gorzej z oceną społecznego poparcia. Kogo która stacja czy biuro badania opinii faworyzują wiemy bardzo dobrze. Niekiedy jednak zadziwia nachalność. Usługowi komentatorzy, wypełniając polecenia pracodawców, zasiadają dostojnie w tym samym towarzystwie i uważają najwyraźniej, że przekonają przeciwników. Tymczasem nachalna „publicystyka” i dominująca autoreklama utwierdza oponentów w przekonaniu, że mają rację. Natomiast myślących zwolenników to nuży i każe się zastanowić, czy rzeczywiście dobrze preferują.

W Gdyni wyborczo zetrze się prawdziwy mężczyzna z mężczyzną proweniencji innej. Właśnie tak powinny się auto-reklamować partie. Być może pożytku społecznego z tego niewiele, ale zabawne to może i będzie.

Kandydaci na wybrańców narodu narzekają, że bardzo mało ludzi przychodzi na spotkania z nimi. Frekwencja wyborcza zapowiada się mizernie. Gdy czytamy opisy dorobku kandydatów okazuje się, że bardzo wielu z nich sejmuje i senatoruje już od kilku kadencji.
I dalej zamierzają to robić. Rozliczanie ich rozmywa się we mgle zbiorowej odpowiedzialności. Sami o sobie mówią, że są „zawodowi”. Tylko nie bardzo wiadomo, czy chodzi o zawodowstwo czy o sprawianie zawodu nam - wyborcom, gdy po raz kolejny ich  zapowiedzi i nasze nadzieje rozminą się z rzeczywistością.

Usłyszałem kiedyś w telewizji, jak pewien, jego zdaniem wybitny, polityk oznajmił,
że rozmawiający z nim dziennikarz, zajmujący się gospodarką – to „wybitny ekonomista”. Tamten zrobił minkę i przełknął. Teraz czytam, że będzie nowy program: „Mówisz Mosz!” Reklama oczywiście pozostaje dźwignią handlu. Tak było i będzie. Ale autoreklama powinna jednak ograniczać się do samochodów.


 

Stefan Truszczyński

5 września 2011


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl