Zmierzch bogów
Wszelkie znaki na ziemi i niebie zdają się wskazywać, że przynajmniej jedna wielka prywatna telewizja pójdzie pod młotek. Właściciele już się „zabezpieczyli” i wypłacili sobie ile się dało, albo i więcej. I na pewno stać ich będzie na biznes - klasę w ciepłe kraje.
Ale gdzie pójdą sobie gromady dziennikarzy, gdy nowa miotła robić będzie ordung na swój strój? Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść. Ale gdzie, skoro wszędzie tłoczno? A miało być tak pięknie. Było. Ale krótko. Prywatny jest bezwzględny. Tu nie ma co liczyć na Pana Boga, litość lub związki zawodowe. Kapitalista wyciśnie pracownika jak mokrą szmatę i gwiazdeczki boleśnie spadną na… dupki.
Wolny rynek, to wolna amerykanka. Publiczna (TVP) może nie jest śliczna, ale tam przynajmniej jest do kogo się odwoływać. Stąd zresztą słabość i Radia i Telewizji z Malczewskiego i Woronicza. No i kto Was teraz będzie bronił – panieneczki i chłoptasie często zadufani już po pierwszych kilku programach. No, kto?
Związki zawodowe, stowarzyszenia twórcze są niestety w Polsce bardzo słabe. W publicznych mediach jest tych organizacji na kopy, bo ich szefowie zakładali je masowo po to, by zyskać ochronę (jako „niezwalnialni” przewodniczący) dla samych siebie. (Na Woronicza jest ponoć 40 takich organizacji). Nikt się z nimi nie liczy, ale przynajmniej kierownik śpi spokojnie. Niektórzy już przetrwali tak po kilkanaście lat. A w prywatnych stacjach związków w ogóle niet.
Oczywiście tak być nie musi. Dziennikarze – gdyby przestali się kłócić i zebrali do kupy - to mogliby skutecznie się bronić. Mają do kogo się odwoływać. Jest bowiem wielka światowa organizacja (IFJ) licząca ponad 600 tysięcy członków, podejmująca działania w obronie journalistów – do której zresztą należy i SDP i SDRP. Ta właśnie dziennikarska organizacja, mająca siedzibę w Brukseli, podjęła przed kilku miesiącami skuteczną obronę „Rzeczpospolitej”, gdy groziło jej siłowe przejęcie. IFJ (światowa) i EFJ (europejska część IFJ) zawsze pytają o zdanie nasze krajowe Stowarzyszenia. Tak więc rola SDP i SDRP jest znacząca. I choć jak każdy człowiek i każda organizacja musi podlegać krytyce, być rozliczana i starać się pracować jak najlepiej (a rzeczywiście grzechów mamy sporo), to jednak nic nie zrobi „na siłę”. Nie obroni – jeśli potrzebujący obrony o to nie poproszą.
Po pierwsze dobrze być członkiem wielkiego stowarzyszenia zawodowego, bo nie tylko chodzi o to, że w grupie raźniej i łatwiej, ale będąc formalnie członkiem takiej społecznej zorganizowanej grupy, można rzeczywiście oddziaływać na jej cele statutowe i pracę.
SDP znajduje się obecnie w pewnym… rozkroku. 5-tego czerwca przerwaliśmy Zjazd Wyborczy i będziemy go kontynuować 1-2 października. Może być gorąco, ale – wierzę – że nasza wspaniała organizacja, która przetrwała zamach stanu wojennego, do której zapisuje się co miesiąc po kilku-kilkunastu młodych dziennikarzy wyjdzie z tych pałacowych utarczek z tarczą. Nie damy się jeszcze bardziej podzielić (jak sugerują „życzliwi”). Zachowamy jedność, majątek, a może nawet przyciągniemy inne grupy („skrzydła”) dziennikarskiej społeczności.
Dziennikarzem nie musi się być całe życie. Chodzi jednak o to, by nieuniknione odejścia od tego zawodu przebiegały bez dramatów i zagrożenia bytu. Wielka, silna środowiskowa organizacja mogłaby tu wiele pomóc. Musi być jednak jednomyślna w pryncypiach życiowych. Różnijmy się w ocenach gospodarczych, politycznych. Dyskutujmy, spierajmy się. Ale zachowajmy to, co już zostało zdobyte, wypracowane w ciągu kilkudziesięciu lat pracy wielu naszych poprzedników. Pomyślmy też, że oni mieli o wiele trudniej. Wielu niewytrzymywało ciśnienia niesprawiedliwości i nieprawości. Ale Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było jednak przynajmniej częściowo samorządowe i pożyteczne. A w końcu – w decydującej próbie – 13 grudnia – okazało się wierne, odważne, cierpliwe i wreszcie zwycięskie. Nie zapominajmy o tym, jak i o ludziach, którzy nas wtedy prowadzili – choć dziś nasze poglądy są bardzo różne.
Te różnice rysować się będą coraz bardziej. Gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie – mówiono. Teraz jeden głos w Internecie jest w stanie wywołać lawinę skrajnych opinii, a nawet stek obelg i oszołomstwa. A co będzie?
Jeśli nie przyjmiemy zasady, że warto czytać tylko głosy podpisane, a ignorować cały szlam – to niestety błoto nas będzie zalewać coraz intensywniej i walka zbrojna niewiele pomoże, bo nie da się wygrać z głupotą i nienawiścią wrodzoną. Natomiast pozostawienie „nadawców” bez „odbiorców” doprowadzić musi do refleksji: nie będę się wysilał, bo tego i tak nikt nie czyta.
Miejmy jednak nadzieję, że agresywny internet przyniesie, „urodzi” setki-tysiące wartościowych publicystów, a nawet reporterów. Zauważono bowiem i wykorzystuje się już z powodzeniem bezpośrednie relacje ludzi z aparatami fotograficznymi i kamerkami, którzy przecież są wszędzie i „to” natychmiast mogą rejestrować i przesyłać profesjonalnemu nadawcy. Liczy się temat (news) i szybkość.
A wreszcie co to będzie, gdy „wybuchnie” nam cyfra (85% pokrycia kraju), łatwo dostępna, powszechna i to już za dwa lata?
Znowu przybędzie nam „kolegów” – najpierw konsumentów, a potem producentów. Bo można narzekać, stosować ograniczenie, wprowadzać bariery i wydłużać drogę dostępu do stowarzyszeń, ale po co? Lepiej mieć to całe, przyszłe koleżeństwo przy sobie. Tylko wówczas można je edukować, namawiać do przestrzegania zasad etyki i współpracować.
Tak więc przyszła rola dziennikarskich stowarzyszeń twórczych jest nie do przecenienia. Blogerzy, niewolnicy pajęczyny cyfry – łączcie się. Skorzystajcie z oferty edukacyjnej tych, którzy przerobili już pierwsze lekcje. Dowiecie się szybciej. Po co wywarzać otwarte drzwi. Zmierzch bogów i erupcja self made man’ów – właśnie nadchodzą. Pomocne będzie pomaszerować wspólnie, via Foksal.
Stefan Truszczyński
31.07.2011 r.
