W naszym zawodzie nie ma zbyt wielu reguł, których koniecznie należy przestrzegać. Jedną z nich jest coś, co można nazwać uczciwością dziennikarską. W istocie mieści ona w sobie kilka innych zasad pomniejszych, ale równie ważnych.
Rzetelność, nie uleganie naciskom szefów redakcji, wtedy kiedy wedle naszego przekonania każą nam służyć w złej sprawie albo używać nas jako narzędzi do załatwiania ich własnych interesów bądź ich koterii, czy wreszcie ich medialnych czy biznesowych konkurentów. Nie pozwolić manipulować sobą, ale nie robić tego też samemu. Rzetelność z kolei przejawia się w korzystaniu co najmniej z dwóch niezależnych źródeł informacji. Szczególnie wówczas, gdy wiadomości są poufne i przekazują negatywny obraz bohatera, niezależnie od tego, czy chodzi o konkretną osobę czy instytucję.
Te wstępne uwagi są oczywiste, by nie powiedzieć banalne. I nie mówiłbym o nich, gdyby nie to, że w codziennej gorączce wyścigu po newsy, sensacyjne wiadomości, gubimy czasami te proste zasady. Budzi się w nas czujność i refleksja, kiedy jest już za późno. Skrzywdziliśmy kogoś, wprawdzie bez wyraźnej złej woli, a „tylko” w wyniku niechlujstwa bądź, a to już gorzej – ślepej pogoni za pieniądzem i środowiskowym prestiżem.
Pewnie równie mało odkrywcze będą kolejne uwagi. Wpisuję je do nieformalnego rejestru zasad dziennikarskich, bo przykrych skutków jej nie respektowania doświadczyłem na sobie.
Tym razem chodzi o regułę, której warto przestrzegać. A wyraża się w tym, że nie powinniśmy zadzierzgać zbyt bliskich więzi z ludźmi, którzy mogą w przyszłości stać się obiektami naszych publikacji. Zdarza się przecież nie raz, że w jakimś momencie powinniśmy zaprezentować ich jako bohaterów pozytywnych albo negatywnych. Nie możemy tego jednak zrobić, bo nagle znajdujemy się w sytuacji nadzwyczaj krępującej. I każdy krok z naszej strony, włącznie do milczenia, staje się niezręcznością. Najbardziej kłopotliwą– w przypadku krytycznej publikacji. Skądinąd raczej słusznie zakładamy, że politycy, ważni urzędnicy państwowi, biznesmeni, traktują nas instrumentalnie. Ich rzekomo przyjazna i bezinteresownie życzliwa postawa, bierze się z zimnej kalkulacji, że w potrzebie będą mogli nas wykorzystać.
Ale przecież i my nie jesteśmy „cnotliwymi rycerzami”. Utrzymujemy bliskie relacje tylko dlatego, żeby mieć siatkę „etatowych” informatorów. Rzecz w tym, żeby rozdzielała nas cienka, ale mocna nić gwarantująca nam pełną swobodę.
15 lipca 2011
