Siedzą przed nami brzydko rozwaleni w fotelach trefnisie telewizyjni. No, raczej trzeba powiedzieć – w telewizji, bo czy oni są rzeczywiście telewizyjni – to trudno byłoby tak zdecydowanie stwierdzić. Tak czy owak zabawiają naród anegdotkami co kto powiedział i zrobił. A ludzie telefonują i chwalą bardzo prowadzących program.

Ci, niby trochę zażenowani tymi padającymi pod ich adresem pochwałami – odżegnują się od nich i „ach-ach nie trzeba”, ale chłoną pochlebstwa, bo przecież to głos ludu. Wprawdzie to „dzwoni” tych 38-miu z 38 milionów (bo przez tę akcję hołdowniczą sami wdrapują się na antenę i wszyscy znajomi słyszą ich głos), no ale co prawda, to prawda - telewidz nasz pan i przecież nikt go nie zmuszał – on zatelefonował sam!

Nic to, że tele-trefnisie walą tylko do jednej bramki. Tak myślą i czują więc ładują! W „Kaczorka”, w PiS: na dobranoc i jeszcze potem na bis. Naród przecież czeka na ich występki. Pomęczą się trochę w przepastnych fotelach – dla ludzi, dla sprawy, dla klas, kast i mas.

Grzegorz Miecugow ze zbolałą miną najwyraźniej cierpi przy tym ogromnie. Jego twarz coraz bardziej przypominająca squaw Vinnetou – cierpi. Marek Przybylik jak niegdyś po 13-tym grudnia w „Szpilkach” iskrzy dowcipem. I choć wolę go, gdy informuje o cenach pietruszki na straganie – trzeba przyznać, że śmiech słychać, bo autor dowcipów sam go sobie nie żałuje.

Krzysztof Daukszewicz, jak przystało na błękitnokrwistego wspaniałego mężczyznę to siła spokoju i dystans. On tam się nie miesza, tylko relacjonuje chłodnym okiem. A bystrzak to przecież, świetny obserwator „warszawki” – choć z dalekiej wsi na północy. Ale przyjeżdża – taki jest prześmiewcy obowiązek. Trzeba reagować. Albo zaśpiewać wierszem, albo odważnie w oko kamery – prozą. Za darmo – ludziom: niech wiedzą jak to jest naprawdę.

Wreszcie – Jerzy Iwaszkiewicz. Ten to prawdziwy lew salonowy, pracowity sprawozdawca z imprez elity. Sunie przez parkiety pałaców obrzucany miłosnym wzrokiem pań, a może i panów – bo niby to im dowala potem w swoich misternych relacjach z życia high lif-u, ale tak naprawdę to tylko głaszcze ich po tym i owym – a „po próżności” zwłaszcza. Martwią się bardzo, gdy pominie te sławne już dziś nazwiska w swojej relacji.

Iwaszkiewicz! Jedna panna (też o tym nazwisku) mówiła mi kiedyś, że - ten Jerzy Iwaszkiewicz z „Głosu Pracy”, bo tam niegdyś pracował – to nie jej krewny, a ona wie najlepiej, bo sama tak trochę ze Stawiska.

Tak czy siak snobów nie brakuje i po jednej i po drugiej stronie ekranu. Wzajemnie mogą więc na siebie liczyć. Tu głupawka, a tam radocha. Grunt, że publika jest.

Trefnisie-tele. Oni – śmiać się z innych mogą. Ale z nich – wara. Można wcisnąć off. No i właśnie to zrobić. I – mam nadzieje – że za ten felieton 100-ówę zarobiłem, Dziękuję więc, że dostarczyliście mi tematu i dzięki temu trochę środków płatniczych. Dawajcie czadu. Pożywią się również inni.


 

Wdzięczny – S.T.: Stefan Truszczyński

Warszawa, 11.07.2011 r.


 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl