Oto na Big Benie wybiła godzina prawdy. A raczej – działania. Po 2.5 roku Partii Konserwatywnej u władzy, od pierwszego dnia kadencji zagrzewany do czynu, popędzany i zawstydzany już to przez laburzystów, już to przez kolegów z własnej partii, David Cameron zdecydował się …. zdecydować. Z ksywką „Hamlet” – wdrażać czy nie zapowiedziane w kampanii wyborczej reformy - to znów „modernizatora”, co dla tradycjonalistów z tylnych law Izby Gmin znaczy „zdrajca”, premier przystąpił do długo oczekiwanej ofensywy. I rozpoczęło się pandemonium.
Cameron, to rasowy polityk. Wie, że jego praca przypomina toczenie beczki pełnej żab, z której co chwila któraś ucieka, trzeba ją złapać i wrzucić z powrotem do beczki. Nie ma dnia, aby nie musiał w mediach odpowiadać na oskarżenia dotyczące sposobu rządzenia krajem przez Conservative Party i przez niego samego. No i doskonale zdaje sobie sprawę, że wciąż stąpa po polu minowym. 13 lat obrzydzania ludziom konserwatystów przez lewicowe media, zrobiły swoje i Cameron wciąż walczy z etykietką „the nasty party” („ta wstrętna partia”), grożnej, rasistowskiej, ksenofobicznej, której złym duchem była Margaret Thatcher. Dziś rzadziej, jednak wciąż padają określenia – skąd my to znamy? – „these Conservative fascists” (ci konserwatywni faszyści), których należy jak najrychlej odsunąć od władzy, bo…. No właśnie, tego jeszcze żaden tutejszy Sikorski ani Bratkowski nie sprecyzowali. Nic dziwnego, że Cameron zachowuje się jak podczas wojennego rekonesansu na pozycje wroga. Lecz zabrać się do roboty musi. Bo w demokracji istnieje ścisłe sprzężenie między government performance, tym co rząd podczas kadencji zdziałał, a rezultatami kolejnych wyborów. W jakimś momencie społeczeństwo mówi „sprawdzam”, zna swoje prawa, nie waha się z nich skorzystać, a jeśli o jakiejś wpadce obywatel nie pamięta, to mu zaraz opozycja i jej media przypomną. I nie ma zmiłuj! Taki czas bilansów nadszedł, półmetek kadencji Partii Konserwatywnej i „Hamlet” musiał skończyć z hamletyzowaniem. Odpowiedzieć na wezwanie kolegów partyjnych „wyrównaj kurs torysowskiej barki” co znaczy „nie przesadzaj z modernizacją”; odpowiedzieć na pytanie: „jak pogodzić wsparcie dla gejowskich małżeństw z taką rodziną jak rozumieją ją konserwatyści” oraz na apel „wyzwolenia z jarzma brukselskich turnips”, przy czym turnip znaczy także półgłówek.
Kiedy przyjrzeć się bliżej propozycjom reform, ogłoszonych przez rząd Camerona, dostrzec można kilka ciekawych punktów. Po pierwsze, ewoluowanie formuły konserwatyzmu, brytyjskiego, ale nie tylko, bo podobne tendencje widać we Francji czy w Hiszpanii. Już po rewolucji kontr-kulturowej oraz transferze haseł programowych między lewicą i prawicą. Po drugie – powiązanie tych projektów rządowych z dwoma słowami – kluczami z wyborczego manifesto Camerona, „fairness” czyli „sprawiedliwe traktowanie” i „to deserve”, „zasłużyć”. Ogłoszone reformy są dość konsekwentnym tłumaczeniem tych haseł na język prawa. Aktywny indywidualizm, jednak moderowany przez kontekst społeczny; wolny rynek, lecz kontrolowany przez wnioski wyciągnięte z ostatniego globalnego kryzysu bankowego, który mocno nadwyrężył brytyjski budżet. Pewne elementy welfare state lecz z nową nutą kontrybucji obywatela na rzecz państwa, nie zaś – jak za laburzystów – niekontrolowane rozdawnictwo państwowych pieniędzy. Już 1.5 roku temu, po zamieszkach chuligańskich, które mocno przestraszyły Brytyjczyków, premier Cameron otrzymał znaczniejsze wsparcie społeczne dla swoich reform. Już wtedy minister ds. pracy i spraw socjalnych Iain Duncan Smith nakazał rewizję listy beneficjentów opieki, sądy najwyraźniej zaostrzyły wyroki, lepiej słychać głosy katolików takie jak np. dzisiejszy news o proteście ponad 1000 katolickich księży, że przegłosowanie ustawy o małżeństwach gejowskich będzie znaczyło pogwałcenie praw katolików do praktykowania swej wiary, w kościele, instytucjach adopcyjnych, etc.
Ruszyła lawina: banki zostały zobowiązane do „przywrócenia zdrowych rezerw finansowych”, aby nie pożyczać więcej niż powinny. Zabrano się za resort socjalny: Labour Party tak bardzo rozbuchała system zasiłków, że dziś mamy wielomilionową armię beneficjentów, od najmłodszych do najstarszych. 9 na 10 dzieci kwalifikuje się do tax credit, ulg podatkowych, bezrobotni otrzymują tak wysoką pomoc - zasiłek socjalny, kolejne, pokrywające czynsz, rachunki za elektryczność i gaz, wydatki na dzieci - do tak absurdalnej wysokości, że płodzenie dzieci stało się rodzajem zajęcia, które przynosi wysokie profity. Zdarza się, że pracujący rodzice z klasy średniej wahają się czy stać ich na kolejnego potomka, podczas gdy bezrobotni nie mają tego problemu. Już absolwent szkoły średniej, gdy zadeklaruje, że „nie może dostać pracy”, dostaje zasiłek i zwrot kosztów czynszu. A polityka antyrodzinna labourzystów doprowadziła do sytuacji, kiedy rodzicom bardziej opłaca się nie brać ślubu, a najbardziej … mieszkać bez ślubu i oddzielnie! Brytyjczycy mają niewysokie emerytury państwowe lecz system benefitów – dodatek na żonę, zwrot kosztów czynszu, zwolnienie z podatku pogłównego, darmowa opieka zdrowotna, bezpłatne leki na receptę, dodatek na zimowe dogrzewanie, bezpłatne przejazdy środkami komunikacji miejskiej - sprawia, że żyją w nieporównanie lepszych warunkach niż emeryci w Polsce. Cameron zamierza przetrącić kręgosłup państwu opiekuńczemu ale – jak przyrzekł 2.5 roku temu – mimo cięć budżetowych, nie zamierza pozbawić pensioners ani jednego przywileju. Więcej, właśnie zostaliśmy poinformowani, że kobiety, które wychowując dzieci przerwały pracę od 2017 roku będą miały emerytury w wysokości 576 funtów miesięcznie, zamiast 428 funtowej dzisiejszej. Cameron postanowił wspierać rodziny /nie tylko bezrobotnych/ i to robi. Obiecał, że nie tknie przywilejów emerytów i nie ważył się tego uczynić. Przez 2.5 roku powtarzał, że będzie egzekwował fairness, sprawiedliwą dystrybucję pieniędzy, i w tym kierunku działa.
Rzecz w tym, że informacje o Wielkiej Brytanii i o całym zresztą świecie przedostają się do Polski jednym tylko kanałem, przez bogate media mainstreamowe /Gazeta Wyborcza, TVN24, etc/, media publiczne oraz tygodnik Forum, a więc reprezentujące jedną opcję polityczną. I jeśli media konserwatywne, dzienniki, tygodniki /w tym „wSieci” i „Uważam Rze”/ i telewizja Republika nie postarają się o własnych korespondentów i komentatorów zagranicznych, świat będzie docierał do Polski ciągle w tej samej postaci. Cameron zawsze będzie tonął w kłopotach, hiszpańska prawica – wygwizdywana w Cortezach przez publiczność z galerii, a amerykańscy republikanie - zawsze ”w panice” lub „w odwrocie”.
Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 15 stycznia 2013.
