„Jest naturalny w obyciu, nie rozdaje sztucznych uśmiechów, nie zabiega o aprobatę, jest skupiony na tym, co robi, i czuje się za to odpowiedzialny”. To opinia o sędzim Tulei anonimowego informatora „Gazety Wyborczej”. Trudno nie wierzyć. Sędzia Tuleya sprawia wrażenie najbardziej odpowiedzialnego pracownika wymiaru sądownictwa na naszym globie, tuż obok szefowej wenezuelskiego sądu najwyższego, która uzasadniała legalność przełożenia przysięgi prezydenckiej umierającego Chaveza powołując się na precedens dziewiętnastowiecznego amerykańskiego wiceprezydenta, którego też zaprzysiężono później. 

Faktycznie, samo to co się dzieje w mediach, sylwetki sędziego Tulei, jego sesje fotograficzne na sali sądowej, opisy tego, jak heroicznie uwolnił kilku gangsterów, pochwalił innego, dowodzą, że mamy do czynienia z jednostką wybitną w swojej skromności i skromną w swojej wybitności. Człowiekiem łączącym wielki talent i - co zawsze jest podkreślane - ogromną wiedzę prawniczą z wyjątkową niezależnością i wyważeniem , którego ostatnio dowiódł.
 
Jest tylko jeden szkopuł. Zdaje się, że sędzia Tuleya lepiej radzi sobie jako dziennikarz niż sędzia. Jego wyrażone piękną polszczyzną wizje na temat podobieństw między IV RP a stalinizmem to czysta publicystyka. To, że później zamiast rzekomego zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa wysłał zawiadomienia o swoich zastrzeżeniach tym bardziej na to wskazuje. Cóż publicystyka nie powinna rodzić specjalnie poważnych skutków prawnych. Nie powinna ich rodzić w ogóle. To po prostu, wyrażona opinia, zdanie, czasem przesadne, czasem ironiczne, czasem na wyrost, które powinno podlegać tylko
innym ocenom publicystycznym. Taka była też wypowiedź pana sędziego. 
 
Tak więc, wyraźnie sędzia lepiej czułby się w gazecie, a nawet w „Gazecie”, a nie w sądzie. Z drugiej strony jest już publicysta, który zdecydowanie lepiej czuje się w sądzie, a nie na łamach, i tam rozstrzyga czy jego krytycy mieli rację, czy nie. To oczywiście Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. Wydaje się więc, że obaj panowie pomylili powołania, a rozwiązanie nasuwa się samo. Wystarczyłoby ich zamienić. Tuleya powinien zająć się publicystyką, na przykład zostać naczelnym „Gazety Wyborczej”, a Michnik powinien zostać sędzia, co ostatecznie w jego bliskiej rodzinie się już
zdarzało.
 
Tuleya, zgodnie ze swoim temperamentem, gromiłby wrogów władzy na łamach, a Michnik, zgodnie ze swoim, wydawał na nich surowe, słuszne wyroki. W ten sposób panowie lepiej by się spełniali i byłoby wszystko doskonale. Choć, z drugiej strony, teraz też jest super. 
 
Wiktor Świetlik
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl