Koniec roku zawsze nastraja do przemyśleń i bilansów, potem następują sylwestrowe rezolucje, które pozostają zwykle w sferze pobożnych życzeń. Raz jeszcze chcę powrócić do niedawnej rocznicy stanu wojennego – czołgi na ulicach, tysiące internowanych i codzienne zmaganie się z  „kartkowym” niedostatkiem. Jednak trochę inaczej. Bo podczas każdej z tych rocznic pojawia się myśl,  że dla mnie była to druga stacja na  polskiej drodze krzyżowej do wolności, drugie  tsunami, które zmieniło w moim życiu  wszystko.

 

     Pierwsze zdarzyło się 11 lat wcześniej, kiedy 21 czerwca 1970 roku wpadłam w „kocioł” zastawiony przez SB  w mieszkaniu Andrzeja Czumy. I następnym razem zobaczyłam mój dom i rodziców za półtora roku. Zostałam skazana z paragrafu „próba obalenia siłą ustroju socjalistycznego” plus dodatkowych parę miesięcy za  współudział w  projekcie zniszczenia pomnika Lenina w Poroninie, protest przeciw hucznym obchodom 100-lecia urodzin  Włodzimierza Iljicza w Polsce. Groziło mi za to, jak prokurator Janusz Michalski beztrosko poinformował moją mamę, 13 lat więzienia, i gdyby nie zmiana warty w „Białym Domu”,  spowodowana  krwawymi zajściami na Wybrzeżu, kto wie czy miałabym szansę napisać tych parę zdań.  

    Zwiedziłam wtedy kilka więzień dla kobiet – procesy RUCHU odbywały się w 6 miastach - i dlatego wożono mnie od więzienia do więzienia. Najpierw złej sławy Rakowiecka 37, gdzie spędziłam pierwsze 3 miesiące, i gdzie jeszcze  świeża była pamięć o „taterniczkach”. Białe „Toledo” na warszawskiej Pradze, gdzie przetrzymywano głównie złodziejki, prostytutki, pijaczki, zakłócające tzw. porządek publiczny. Byłam w Fordonie, gdzie więziono kobiety z najwyższymi wyrokami – dotąd, gdy przypominam sobie ten wielki poniemiecki kompleks i tę ciężką, dramatyczną ciszę,  ciarki przechodzą mi po plecach. Na koniec znalazłam się w łódzkim areszcie na Kraszewskiego, gdzie to miałam szansę zmienić zawód - call girl z Grandki złożyła mi ciekawą propozycję: ty uczysz nas angielskiego, a my wciągamy cię do Grandki bez „wkupu” - oraz okazję zaprzyjaźnienia się z Eugenią Pohl, jedyną inteligentką w  celi, która utrzymywała, że jest oskarżona o defraudację, gdy tymczasem podczas wojny była strażniczką w obozie przy Przemysłowej, gdzie  zakatowała 11 polskich dzieci.

   Choć przed więzieniem miałam już dobry debiut w tygodnikach „Kultura” i „Ekran”, potem przez 8 lat, jako „element niepewny politycznie”, nie mogłam oczywiście dostać etatu. Pisywałam więc jako freelancer do „Ekranu”, „Tygodnika Kulturalnego”, „Serwisu Filmowego”, a w 1980, kiedy zaczęło się trochę rozluźniać, dostałam etat w świetnym, opiniotwórczym tygodniku „Film”. Jednak długo się tym etatem nie nacieszyłam, bo wybuchł stan wojenny, i jako aktywny członek Solidarności, znowu znalazłam się na bruku. Tak więc najpierw  była Solidarność Dziennikarzy, a potem ja z kolegami z Solidarności rozwoziliśmy paczki potrzebującym. To był zły, ale heroiczny czas. I nie czułam się, jak w latach 70., sama. Pamiętam spotkania środowisk twórczych w kościele przy Żytniej,  wigilię, kiedy Kalina Jędrusik z dekoltem do pasa roznosiła wigilijny opłatek, pamiętam Msze za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki, manifestacje pod budynkami Sądów, gdzie toczył się proces o odwieszenie NSZZ Solidarność i 1-majowe anty-pochody. Miałam już jako krytyk filmowy na tyle dobrą reputację, że hash-hash, po cichu zostałam przetransferowana do „Anteny” w TVP na Woronicza, gdzie pracowałam do 1990 roku. Także  kilka razy „na wylocie”, m.in. za odmowę wykonania polecenia służbowego jednego z prezesów, Janusza Kasprzyckiego – pozytywnej recenzji wściekle anty-chrześcijanskiego i anty-watykańskiego serialu „Monsignore”, który po akcji reklamowej, miał zostać wyemitowany w TVP.  Takich jak ja było wtedy całkiem sporo. 

     Jakimś dzikim paradoksem losu, kiedy  już wybuchła wolność i mogłam jako kombatantka  dwóch wojen „spożywać owoce zwycięstwa”,  przyszły stanowiska, medale, odznaczenia, poznałam  brytyjskiego  dziennikarza Petera Avisa, i  zamieszkałam w Londynie. Byłam tylko dumna i  szczęśliwa, że mogłam uczestniczyć w historycznych wydarzeniach, które, jak wszyscy sądziliśmy, były „historią pewnego sukcesu”. Rozpoczął się nowy okres mojego życia, BBC, The Polish Daily, a potem polskiej korespondentki w Londynie. Przez 23 lata pracowałam dla  TVP i Polsat News, Polskiego Radia i  stacji  komercyjnych, KINA i  FILMU, WPROST i GAZETY POLSKIEJ – jeszcze do niedawno w Polsce, jak wszędzie na świecie, korespondenci byli na wagę złota. Przez te wszystkie lata  towarzyszyła mi nadzieja, że  zły okres Polska ma  już za sobą, że zainwestowano zbyt wielki potencjał energii, rozwagi i cierpienia, żeby to wszystko mogło zostać  zaprzepaszczone i zmarnowane. Aż nadszedł rok 2007, i historia zatoczyła koło. Zaczęło się deptanie kiełkującej dopiero demokracji, złapano za gardło opozycję, pokazano figę egalitaryzmowi, skończył się – póki się na dobre rozpoczął – pluralizm medialny. „Political cleansing” w  radiu i telewizji, lawina procesów sądowych dziennikarza przeciw dziennikarzom, zamykanie opozycyjnych gazet i tygodników. W kraju należącym do Unii Europejskiej, członka NATO,   podobno monitorowanym przez  organizacje obrony praw człowieka,  wspomagających opozycję, która w demokracji zawsze jest „pod specjalnym nadzorem”,  giną ludzie. Jak w Republice Środkowej Afryki, jak w Conradowym „Jądrze ciemności”. Od pięciu lat znów upominam się o wartości, o które 40 lat temu, jeszcze trochę intuicyjnie, wspierając się o lektury i tradycje powstańcze, walczyła grupa młodych patriotów z RUCHU. Przecież hasła, które dziś postulujemy my, dziennikarze opozycyjni, zupełnie nie różnią się od tych, zawartych w manifeście RUCHU „Mijają lata…”. Pełna niezawisłość kraju, sprawne i sprawiedliwe państwo, społeczeństwo obywatelskie, niezależny wymiar sprawiedliwości, podmiotowość i prawa człowieka, pluralizm medialny. Więc niech mi żaden zwariowany Pangloss - optymista nie opowiada, że historia świata rozwija się pięknie i rozsądnie po linii spiralnej, bo to najwyraźniej sinusoida. Im szybciej to pojmiemy, tym mniej energii stracimy na walkę z nadzieją, że jest inaczej.

   Rzadko publicznie wracam do tamtych lat, choć nie ma dnia, żebym o tym nie myślała. Czemu wspominam o tym teraz? Może dlatego, że kończy się kolejny zły rok, który prowokuje do podobnych wspomnień, że  słychać echa wspomnień stanu wojennego, że w kraju  nieustający zgiełk bitewny. Lecz głównie po to, aby życzyć Kolegom, by w Nowym Roku żaden z nich  nie stał się  ofiarą czystki politycznej lub nie musiał odbudowywać życia na nowo po odbyciu kary z art. 212.  Polsce życzę trochę więcej szczęścia,  a Rodakom – serca i rozumu, aby  dobrą passę, kiedy już nadejdzie, zdołali utrzymać.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

29 grudnia 2012

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl