23 lata temu, kiedy zamieszkałam w Wielkiej Brytanii, typowe Bożego Narodzenia wyglądało mniej więcej tak. W sklepach i nielicznych jeszcze centrach handlowych wielki ruch – piękne pachnące choinki, a pod nimi szopka ze znanymi postaciami Historii, która zdarzyła się w Betlejem. W żłóbku mały Jezus, obok Józef i Maryja, mędrcy Wschodu, pasterze, a obok zwierzęta, wpatrzone w Nowonarodzonego. Na każdym placu i skwerze wspaniale ubrane drzewka, na ulicach słychać było „Małe miasteczko Betlejem”, głośno wyśpiewywane przez wolontariuszy Armii Zbawienia. W pierwszy dzień Świąt – msza w miejscowym kościele, w domu pięknie przystrojona choinka, typowa anglosaska kolorystyka czerwień – zieleń – złoto, pod nią prezenty, przy stole trzypokoleniowa rodzina, indyk z pieczonymi ziemniakami i brukselką, wspólne rozmowy i kolędowanie. Potem spacer z psami, kieliszek porto w lokalnym pubie przed ogniem, trzaskającym na kominku, rozpamiętywanie wydarzeń sprzed 2000 lat, które zmieniły oblicze świata.
Potem też wszystko było prawie jak należy. Rozjarzone światłami centra handlowe, lampki, choinki, bombki i lameta. Wszędzie słychać było raźne „Jingle Bells” i „Białe Boże Narodzenie”, śpiewane z uczuciem przez Binga Crosby’ego czy Doris Day, a sprzedawcy w czerwonych czapkach z pomponem uwijali się między klientami, reklamując świąteczny towar. W tym roku 5 listopada światła na Oxford Street uroczyście zapalił idol popu Robbie Williams, z Norwegii jak zwykle przybyła choinka – dar mieszkańców Oslo dla Londyńczyków za pomoc w ostatniej wojnie – i została zainstalowana na Trafalgar Square. Miliony kart świątecznych – Anglicy są w tej konkurencji hurtownikami – krąży już po kraju w poszukiwaniu miejsc przeznaczenia, a ludzie przeczesują sklepy szukając prezentów dla bliskich. Dziś - najważniejsze świąteczne zadanie. W Harrodsie – bogaci dorobkiewicze z całego świata i turyści, w Marksie i Spencerze – posiadacze średniego portfela, a w Poundlandzie (wszystko za funta) ci, których kryzys dotknął najmocniej. W teatrach – pantomimes, bożenarodzeniowe przedstawienia dla dzieci, a tygodniki z programem radiowym i telewizyjnym – obiecują świąteczne niespodzianki dla dorosłych i dla dzieci. Hałas, gwar, nastrój radosnego oczekiwania. Niby wszystko jak trzeba.
Ale w pewnym momencie dostrzegłam, że na placach i skwerach nie ma już choinek: z przyczyn ekologicznych kończy się ich wycinka, a kilometrowe sznury lampek oplątuje się dookoła naturalnie rosnących tam drzew i krzewów. Że w mallach na plastykowych olbrzymach widać feerię świateł i sztuczny śnieg, ale żadnych dekoracji związanych z religijną symboliką Bożego Narodzenia. Oczywiście, dawno ani śladu po aniołach i gwiazdach betlejemskich, ale znikają także motywy „bardziej laickie”, jak bombki i bałwanki, mikołaje i renifery. Z publicznych miejsc wiatr historii wywiał betlejemskie żłobki i przez jakiś czas widać było sceny – ilustracje do dickensowskiej „Opowieści wigilijnej”. Scrooge, żebrak, ulicznicy obrzucający się śnieżkami, kobieta niosąca w koszu indyka, baraszkujące zwierzęta. Ładne, stylowe, i przynajmniej choć trochę nawiązujące do atmosfery Świąt. W tym roku w naszym centrum handlowym dzieci gromadzą się przed taką oto scenką: siedmiu krasnali – wszystko precyzyjna, elektroniczna robota – mozoli się nad produkcją prezentów pod choinkę. Dalszy „krok w stronę postępu” i laicyzacji tego, co dzieje się w przestrzeni publicznej miasta, oczywista robota magistratu. W jakimś momencie spostrzegam, że nie ma także zgody na publiczne odtwarzanie kolęd! Że melodie wygrywane na cały regulator na ulicach i w mallach, to nie kolędy, lecz tzw. bożenarodzeniowa lista przebojów wszechczasów, z Bingiem Crosby’m, Doris Day, Deanem Martinem i Luisem Armstrongiem na czele. Że w szkolnych przedstawieniach bożenarodzeniowych rzadko sięga się dziś po historię z Betlejem, za to częściej - śladem teatralnych pantomimes – do znanych bajek, jak „Królowa śniegu”, „Alicja w Krainie Czarów”, czy „Wiatru w wierzbach”. Na kartach świątecznych wysyłanych maniacko przez Anglików nieczęsto widać motywy religijne. Zwykle są to choinki, mikołaje w akcji, jakiś zaprzęg reniferów, zimowe pejzaże, czy XIX-wieczne scenki uliczne. Ale coraz częściej – tu rzucam okiem na naszą tegoroczną kolekcję – tematy mało związane ze Świętami. Oto grafika Hoggartha, a na niej uczta króla-żarłoka Jerzego VI, to znów gołąbek pokoju, trzy zakonnice, szalejące na lodowisku, wielka kępa przebiśniegów, no i dwie przytulone męskie postaci w koronach, „dwóch króli”? (trzeci zapewne czeka w barze Revange), nadesłanych przez zaprzyjaźnionego geja.
W programie telewizyjnym – soap opery z extra dodatkiem bijatyk, pijaństwa na umór i zdrad (słupki! słupki!), tańce na parkiecie i tańce na lodzie, konkursy piosenkarskie i – cóż za niespodzianka! – ta sama, co zawsze klasyka filmowa: „Amerykanin w Paryżu”, „Gigi”, „Pygmalion”, a dla milusińskich oczywiście „101 dalmatyńczyków”. W najlepszym czasie antenowym programy gejów: Paula O’Grady, Juliana Clary, Eddiego Izzarda, czy Grahama Nortona, rzucających w stronę rozochoconej publiczności w studiu serie bardzo ryzykownych dowcipów. Na porządku dziennym - to taka „nowa, świecka tradycja” – żarty z religii, naturalnie tylko denominacji chrześcijańskich, dowcipasy z papieża i księży, Jesusa i Maryi oraz samych wiernych. W poprzednich latach wielką popularnością cieszył się spoof aktorki komediowej Catherine Tate, nabijającej się z tradycji Bożego Narodzenia, programy satyryczne jak ten z udziałem miejscowych elit intelektualnych - „Nie lubię Świąt, i dlaczego”, „Alternatywne bożenarodzeniowe przesłanie” w wykonaniu komedianta Ali G. (patrz: film „Borat”) oraz ulubienicy „Hello!”, Sharon Osborne, znanej z tego, że jest znana. A na deser – wymądrzanie się aktora Tony Robinsona, głupkowaty służący Baldrick z serii „Blackadder”, na temat „prawdy, ukrytej za masońską symboliką, zawartą w książkach Dana Browna”. To są zwykli idole tutejszych świątecznych telewizyjnych programów. Żadnych rozmów o Bogu i transcendencie, Bożym Narodzeniu w historii i ludowej tradycji, reportaży z Ziemi Świętej, czy wywiadów z filozofami w sutannach lub oddanymi pracy charytatywnej zakonnicami. I chrześcijaństwo, i Boże Narodzenie zostało zapędzone do opustoszałych kościołów i tam zamknięte na cztery spusty.
Z dekoracji w przestrzeni publicznej, z ulic, placów i centrów handlowych zupełnie zniknęły motywy kojarzące się ze Świętami, a teraz powoli znikają także choinki, bombki, mikołaje i bałwanki. Zmienia się także kolorystyka dekoracji. Nie ma już tej typowej dla anglosaskich choinek, złoto-czerwono-zielonej – miasto rozjarzone jest światłami w kolorach żółtym i niebieskim, różowym i fioletowym, czasem tworzącymi jakieś wzory, a czasem po prostu oplatających drzewa i krzewy, budynki i sklepy. Jakaś koszmarna postmodernistyczna tandeta, kompatybilna z tą, którą dziś można zobaczyć w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. Tam także zmarnowano setki tysięcy złotych na projekt i wykonanie dekoracji, która wygląda jak żywcem przeniesiona z domu rodziny Addamsów. Tandeciarski różowo-fioletowy horror, który uczy dzieci złego smaku, a co wrażliwszym z nich będzie się śnić po nocach. No cóż, to ten sam projekt polityczny, widać, jak na naszych oczach Polska dobija nam do Europy!
W angielskich, nowoczesnych i liberalnych Świętach dawno już zabrakło Boga i Bożego Narodzenia, jakie znamy. Jakby na hucznych imieninach zabrakło solenizanta albo podczas chrzcin, już w kościele, zorientowano się, że w całym tym radosnym bałaganie zostawiono dziecko w domu. Często zaczyna się niepostrzeżenie od „religijnie obojętnej” choinki czy kartki świątecznej, w Sejmie, zakładzie pracy czy w domu, od przespanej pasterki i braku czasu na pokazanie dzieciom żłobka w kościele. A przecież tradycja wspólnotowa to suma doświadczeń indywidualnych, i już wkrótce może się okazać, że zbudzimy się w świecie, który ma niewiele wspólnego z tym, co jest naszą tradycją, narodową, religijną, domową. I po stracie czego jesteśmy czy to w Warszawie, Brukseli czy Londynie – nikim. A więc Boże Narodzenie czy Festiwal Wiar? Zdrowych, spokojnych, radosnych, i rodzinnych Świąt czy Seasonal Greetings? My, Polacy, mamy jeszcze wybór. Obawiam się, że Anglicy już nie.
Elżbieta Królikowska-Avis, Londyn, 23 grudnia 2012.
