Wszyscy wieszczą koniec. Miał być koniec historii, koniec wojen, koniec dziennikarstwa, teraz ma być koniec końców czyli koniec świata. Stare przysłowie mówi: pożiwiom, uwidim. Już jutro okaże się, czy rację miał premier Miedwiediew, który odwołał koniec świata czy Majowie, których kalendarz właśnie się kończy.

Podobno w mediach – jak wynika z analizy Press-Service Monitoring Mediów - przez 18 dni grudnia aż 3,4 tys. razy dziennikarze poruszali ten temat. Przeczytać można, że chińska policja zatrzymała ponad 100 ludzi, w tym członków sekty inspirowanej chrześcijaństwem, za rozgłaszanie pogłosek o zbliżającym się końcu świata. Z kolei prezydent Boliwii Evo Morales powiedział, że 21 grudnia to koniec „czasu poza czasem” i początek prawdziwego czasu; koniec męskiej hegemonii i początek odzyskania należnego miejsca dla żeńskiej energii. Powiedział też, że nie będzie już samolubstwa, zapanuje powszechne braterstwo i wspólnota. Czyli, słowem, nowa utopia zrealizowana.

Będzie więc i zły dla jednych koniec, bo trafili do aresztu, i koniec dobry dla innych, z nowym otwarciem, końcem smutku i nienawiści a początkiem radości i miłości. I jak pogodzić te sprzeczności?

Zaczynam przegląd portali i resztki włosów jeżą mi się na głowie. Toż to niemal każda kolejna informacja zwiastuje koniec świata – w Wirtualnej Polsce o tym, że dla dziennikarzy rok 2012 był jednym z najtragiczniejszych w historii; w mijającym roku na świecie zginęło 88 dziennikarzy, o jedną trzecią więcej niż rok wcześniej. Kolejna wiadomość: o strzelaninie w Gubinie; następne, o wyrwie w centrum miasta, zwłokach 14 –latka i najniebezpieczniejszym samolocie na świecie. Zaglądam dalej: do onet.pl. – a tu orzeł zaatakował dziecko, matka katowała 11-latka, a chińskie wojsko będzie ćwiczyć u granic Polski. Dość, pomyślałem, dość tego, zajrzę do interii.pl. Zaglądam, i co widzę? M.in. alarm smogowy w Krakowie, w styczniu grozi nam paraliż kraju, ale i coś podnoszącego na duchu, bo okazuje się, że gdyby nie Polska, a konkretnie nasi przodkowie walczący z Mongołami i bitwa pod Wiedniem, to wszyscy w Europie mówilibyśmy po mongolsku. Przynajmniej to jest dobra wiadomość.

Podsumowuję: jutro przyjdzie mi już, po raz co najmniej dziesiąty, przeżywać koniec świata. Zaglądam do lodówki – pełna, bo już świąteczna i nie siedzi w niej żaden polityk. Zaglądam do barku – też nieźle, zawsze można się uodpornić na stres końca świata.

Na koniec zacytuję sławnego poetę T.S. Eliota: tak kończy się świat, tak kończy się świat, tak kończy się świat, nie wybuchem, lecz skowytem. Tylko, że dodam od siebie – w mediach świat kończy się każdego dnia, skowyt już nikogo nie dziwi i nie zdziwiłbym się gdybyśmy w powszechnym chaosie i zobojętnieniu przeoczyli koniec świata.

Do zobaczenia więc w nowym świecie, już jutro!

 

Marek Palczewski

20 grudnia 2012

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl