Anonimowe informacje mogą być bardzo cenne. Zwłaszcza w dziennikarstwie śledczym. Również wtedy, kiedy dotyczą samego opisu tego rodzaju dziennikarstwa. Kto chce, niech wierzy, kto chce niech nie wierzy, ale czy to prawda, że służby specjalne opanowały środowisko dziennikarzy śledczych?
W tym miesiącu brałem udział w konferencji naukowej, w czasie której przedstawiłem wyniki ankiety rozesłanej wśród dziennikarzy śledczych na temat jego kondycji. Odpowiedź: takie dziennikarstwo upada i nie bardzo widać, co może je wskrzesić. A przyczyny? Różne: ogólny kryzys wszystkiego, brak pieniędzy, brak ochrony prawnej dla dziennikarzy ze strony redakcji, naciski wewnątrzredakcyjne, szybkość działania i pogoń za zyskiem, przepływ dziennikarzy do PR, wpływy reklamodawców, niechęć sądów, brak zainteresowania ze strony czytelników, itd., itp. Ale jedna odpowiedź uderzyła mnie szczególnie: dziennikarzowi śledczemu służby zaproponowały współpracę!
Dziennikarz prosił, by nie podawać jego nazwiska, to oczywiście spełniam, ale dylemat pozostaje: uwierzyć mu czy nie? Ów dziennikarz napisał: „ […] służby (CBŚ, ABW, CBA, itd.) próbują też zwerbować dziennikarzy. Kiedy im się to nie udaje, padają konkretne propozycje finansowe, związane z tzw. >>pokryciem kosztów pracy operacyjnej dziennikarza<<. Ja sam spotkałem się taką propozycją, kiedy szef jednego z pionów śledczych poważnej instytucji państwowej zaproponował mi konkretną sumę za zostanie tzw. >>konsultantem<<. Propozycję odrzuciłem”. Tyle mój respondent.
Jedno źródło, to mało, ale dwóch nie można lekceważyć. Wsparcie znalazłem w wypowiedzi Witka Gadowskiego, który odpisał mi, że „Obrazu dopełnia niesłychane, jak na europejską skalę, nasycenie środowiska dziennikarskiego funkcjonariuszami i agentami służb specjalnych. Czystka, odpowiednik niemal (jeśli chodzi o bezwzględność, skalę i zasięg) weryfikacji z okresu stanu wojennego, sprawiła, że w mediach tzw. głównego nurtu nie pracuje już ani jeden niezależny dziennikarz”. Pytanie, czy ta generalizacja jest słuszna, pozostawiam otwarte. Również pytanie, co oznacza owa mityczna „niezależność” i czy tzw. samookreślający się jako „dziennikarze niezależni” faktycznie są niezależni? Ale to temat na inny felieton. Wróćmy do tego.
Zastanawia szereg niewyjaśnionych spraw – tajemnicze zaginięcie Jarosława Ziętary, kwity na Leszka Millera publikowane w dawnym „Wprost”, dziwne relacje ze służbami Wojciecha Sumlińskiego, i wiele innych, które niekoniecznie świadczą o współpracy dziennikarzy śledczych ze specsłużbami, ale z pewnością dotykają takich prób.
Czy zatem, samemu środowisku dziennikarskiemu nie powinno zależeć na przeprowadzeniu dochodzenia, które obnażyłoby, kto właściwie współpracuje - bo takie oskarżenia się pojawiają i mają wpływ na to, jak nasze środowisko postrzegane jest na zewnątrz. Ale, z drugiej strony, oznaczałoby to zagrożenie dla przyszłych kontaktów dziennikarzy z ich informatorami, którzy mogliby się obawiać dekonspiracji. Co więcej, jak odróżnić dziennikarza samodzielnie, niezależnie gromadzącego dowody korupcji czy wszelkie dane o nadużyciach, od dziennikarza – współpracownika służb, który jest na ich żołdzie, a uchodzi za wyśmienitego reportera śledczego?
Ja powiem, jak się dowiem. Dwa źródła to jeszcze za mało, tym bardziej, że jedno jest anonimowe, a drugie nie mówi wprost o konkretnych ludziach. Ale przecież są ludzie, którzy wiedzą czy to co napisałem jest prawdą. Tak czy inaczej, anonimowe informacje mogą być bardzo cenne.
Marek Palczewski
25 kwietnia 2013
