Na trójkowo-wyborczą „akcję społeczną” pod hasłem „Orzeł może” należałoby pewnie spuścić zasłonę milczenia, gdyby nie to, że sami autorzy tej akcji zamiast spuścić po niej wodę, nadal męczą orła. 

 

Na antenie Trójki jedną z metod męczenia jest konkurs esemesowy „Wywiń orła”.  Sam konkurs jak to konkurs: żartobliwe rymowanki-zagadki  o tematyce ptasiej. Nie brak w polskim eterze konkursów głupszych niż ten,  ale już w rywalizacji o najbardziej knajacką nazwę  konkurs „Wywiń orła”  może konkurować z takimi potentatami  jak „Rozebrane kawałki” w ESKA Rock, czy „Wjazd na chatę” w Roxy FM.

Może cierpię na niedorozwój wyobraźni, ale nijak nie mogę pojąć, co frazeologizm oznaczający gwałtowny, niekontrolowany upadek może  łączyć w hasłem „Orzeł może”, nie licząc użycia w obydwu nazwach rzeczownika „orzeł”. Jak „wywinięcie orła” ma się do idei „dodania Polakom skrzydeł”, że zacytuję panią dyrektor M. Jethon? Jak poprzez aluzje bolesnego przyziemienia krzewić optymizm i dumę z narodowych osiągnięć, o co ponoć  w tej akcji chodzi?  No nijak. Hasło „Wywiń orła” ma się nijak nawet do samego konkursu. Zadawane tam zagadki nie zwalają z nóg stopniem trudności. Nikt też raczej nie pada z wrażenia na wieść o wygraniu paru koszulek z nadrukiem.

Ale dajmy już spokój złośliwościom, choćby zasłużonym. Ani pani dyrektor M. Jethon, ani żaden z jej podwładnych (nawet  AA), nie są umysłowo upośledzeni, przynajmniej nie w klasycznym sensie tego słowa. Ich upośledzenie ma charakter kulturowy: z powodów życiorysowo-środowiskowych nie rozumieją znaczenia (w każdym znaczeniu słowa „znaczenie”) polskich symboli narodowych i stąd nie mają oporów np. przed ludycznym traktowaniem godła RP, ocierającym się lubieżnie o profanację.  Godło zostaje przerobione na logo, gadżet, maskotkę, by w tej zdegradowanej postaci patronować  banalnym przesłaniom w rodzaju, że lepiej się żyje z uśmiechem niż bez, i że lepiej jest „dać się lubić”, niż być nielubianym, choć tu już należałoby spytać o cenę, jaką warto płacić za bycie lubianym.     

Gdy patrzę na logo „Orzeł może” z istotą orłopodobną układającą jedno ze skrzydeł w „cymesik”, przypominają mi się zobaczone na jarmarku wielkanocnym wesolutkie, bielutkie, pękate baranki-maskotki, zrównane w symbolicznym statusie z zajączkami i kurczaczkami. Oczywiście inna to sfera, ale podobny uwiąd wrażliwości. Autorzy nazwy konkursu „Wywiń orła” w trywializowaniu symbolu posunęli się jeszcze dalej: zrobili zeń gierkę słowną, grepsik, żarcik, pozbawiony związku nawet z „bazowym” hasłem „Orzeł może”.

Pełna krotochwilnego samouwielbienia autocelebracja jako podstawa autopromocji „Trójki” trwa już od dłuższego czasu. Do tej pory rzucała ona wyzwanie  jedynie dobremu smakowi i cnocie umiaru.  Ale tak to już jest, że bezwstyd chuci rośnie w miarę rozpusty.  Dlatego pewnego dnia Orzeł  z Orderu Orła Białego tak wywinął orła,  że zniżył się do patronowania zgadywankom o sójce-podróżniczce  oraz innych ptaszkach, za których rozwiązanie można dostać koszulkę z orlą karykaturą.

 

Dobrosław Rodziewicz

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl