Owo liczne uczestnictwo młodych w dyskursie o suwerenności rodzi więc nadzieję, że niedługo te pokolenia zaczną wymiatać brudy z naszego państwa, może w ogóle stworzą nową, zdrową i piękną Rzeczpospolitą – z wizji najwybitniejszego po wojnie kontynuatora myśli politycznej Piłsudskiego – śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ale czy to jednak nie nadzieja płonna?
Nade wszystko od dziennikarzy-publicystów zależy, żeby się spełniła. Zdaniem Zdzisława Krasnodębskiego, socjologa niezależnego od partyjnych komeraży, „ta władza (...) ma (...) już wszystkie instytucje państwowe w swoich rękach. Siły są nierówne, ale historia Polski pokazuje, że w najtrudniejszych momentach słabi okazywali się wyjątkowo silni i ostatecznie zwyciężali” („Rzeczpospolita” 14-15 sierpnia 2010 r.). Najmądrzejsi i najuczciwsi socjologowie nie mają narzędzi zwanych środkami masowego przekazu. Dlatego, jak napisałem przed chwilą, właśnie dziennikarze powinni tak kształtować dusze i umysły swych czytelników, odbiorców, żeby wiara prof. Krasnodębskiego stała się rzeczywistością.
W długich wypowiedziach, pełnych gromkich słów o „suwerenności na równi pochyłej” znakomitych i Szanownych Kolegów z mediów niezależnych, brzmiały niekiedy jakże znane frazy, że trzeba przekonać jeszcze nieprzekonanych, docierać do młodego pokolenia. Czyżby retoryka (poetyka?) dawnych „agitek” była nieśmiertelna?
Prelegenci i dyskutanci mówili prawie wyłącznie, jeśli można tak skrótowo określić, o dwu suwerennościach: politycznej i gospodarczej (tu zaś głównie o rurze). Rzeczywiście ich brak lub ułomności mogą doprowadzić państwo do potężnego, trudnego teraz do przewidzenia krachu, przykład pierwszy lepszy, a właściwie spełniająca się już groźba, do antyszambrowania w Superpaństwie...
Dobrze więc, że deliberowano o tej suwerenności (-iach). Lecz bardzo niedobrze, że nie dostrzeżono stokroć groźniejszych zjawisk. Niezawisłość duchowa warunkuje tę, czy te, nad jaką (jakimi) się zastanawiano. Bez niej żaden człowiek we współczesnym świecie o niebywale rozwiniętej technice, poddany presjom różnych grup interesów, nie jest w stanie przyczyniać się do wznoszenia jakiejkolwiek społecznej konstrukcji niepodległej, wolnej, suwerennej.
Paneliści powinni więc zastanawiać się nad kondycją moralną współczesnych Polaków. Czy jesteśmy wewnętrznie suwerenni, zdolni przeciwstawić się niebezpiecznym dla naszej duchowości działaniom Sejmu i rządu? Jeśli przyjąć ściśle, iż podstawowym powołaniem dziennikarzy-publicystów jest kontrola i, jeśli trzeba, krytyka poczynań polityków, gdyż od nich zależą losy zbiorowości - to należałoby powiedzieć, że nie mamy dziennikarstwa! Chodzi tu wyłącznie o dziennikarstwo tradycyjne: „papierowe” i „z eteru” lub „kabla telewizyjnego”, pomijane są zaś publikacje internetowe - na pewno ze szkodą dla rzetelności opinii, ocen i oskarżeń. Wszelako mam nadzieję, że mimo tę niekompletność ta wypowiedź stanie się bodźcem się do polemik.
Otóż 14 sierpnia ubiegłego roku premier z trybuny sejmowej oświadczył w kontekście tzw. afery Amber Gold, w której pośrednio uczestniczył jego syn, że cytuję: „nie każde oszustwo jest przestępstwem”. Wygłosił ten pogląd nie jako prawnik, bo nim nie jest, tylko jako szef rząd, to znaczy mamy rozumieć tę konstatację potocznie, sensu largo (w kodeksach niektóre oszustwa są bowiem istotnie uznawane za wykroczenia czy występki). Po prostu - oszustwo, małe, duże, takie jakie na przykład popełniali wszyscy udziałowcy owego Amber Gold i uczestnicy dziesiątek, jeżeli nie setek, malwersacji sprzed 2007 r. - nie podlega sankcjom karnym.
A tymczasem reprezentanci narodu w Sejmie milczeli i milczą jak zaklęci. Nawet nie drgną przedstawiciele największej opozycji. Jak okaleczone są ich duchowe jestestwa, że nie dostrzegają najgroźniejszych z groźnych niebezpieczeństw?
A Szanowne Koleżanki i Koledzy po fachu? Milczą, przynajmniej w owych trzech rodzajach mediów wymienionych kilka wierszy powyżej, za to organizują tzw. panele o suwerenności i nic nie mówią o tym, że poglądy premiera relatywizują normy etyczne, a więc z n i e w a l a j ą złem, dusze polskie. Politycy i dziennikarze łączą się w udawaniu, że nic się nie dzieje, że wypowiedź premiera nie barbaryzuje postaw moralnych Polaków. Nikt się nie zastanawia, czy któryś z dzisiejszych przywódców państw byłby tak samo cyniczny, żeby wygłosić podobną apologię oszustwa. Ale byłaby awantura w USA, gdyby coś takiego powiedział Barack Obama, byłoby najpewniej podobnie jak po skandalu Watergate…
Mija parę miesięcy i 25 stycznia br. minister sprawiedliwości, przedstawia w Sejmie pogląd
u z a s a d n i o n y przywołanym przezeń zapisem K o n s t y t u c j i, a premier z wysokości swego urzędu obwieszcza, że Jarosław Gowin, cytuję „przedstawił własne stanowisko”. Najwyższy po prezydencie urzędnik państwowy dezawuuje Ustawę Zasadniczą na oczach (i uszach) całej Polski!
I znów nic – Sejm niemy, jak przed wiekami. Prezydent w ogóle mało interesuje się bieżącymi sprawami polityki wewnętrznej. Również niemi dziennikarze trzech rodzajów tradycyjnych mediów. Publicznie nic się nie dzieje. Rząd swoje, Konstytucja swoje, dziennikarze swoje: podejmują popularne tematy, demaskują, owszem, korupcje, nadużycia – i dobrze, wygłaszają do przekonanych swe niezależne, acz nazbyt oczywiste poglądy.
Wśród prelegentów na wspomnianym „panelu” o suwerenności był kolega Paweł Lisicki - jeden z najbystrzejszych i najdociekliwszych dziennikarzy niezależnych. Jakże szybko, bodaj jeden z pierwszych, zauważył kilka lat temu na łamach jeszcze wtedy swego „Plusa Minusa” w książce Pawła Zyzaka o Wałęsie niewielki przypis, gdzie autor zawarł informację kompromitującą późniejszego prezydenta. Lisicki stwierdził autorytatywnie, bezkompromisowo i z głęboką dezaprobatą (pogardą?), że Zyzak podejmuje wątki, dosłownie… „urologiczne”. A tymczasem książka wkrótce została doceniona i nagrodzona przez środowiska niezależne, do których Lisicki przecież się zaliczał i jest zaliczany.
Po katastrofie smoleńskiej Lisicki szybko i ostro spostponował, na szczęście, bezimiennie, tych, co podejrzewali zamach. A dzisiaj, gdy przyczyny wypadku są nadal nie do wykrycia i prawda jest jeszcze dramatyczniej zagmatwana – niczym w Pascalowskiej dialektyce: trudno uwierzyć w spisek, ale też trudno weń nie wierzyć – Lisicki tematem tym już się zajmuje i nie odwołuje swej poprzedniej generalizującej, nierozważnej opinii. Kiedyś znów utyskiwał, że nie ma zrównoważonej prasy prawicowej, bo „Gazeta Polska” jest „zbyt wyrazista”. A podczas majowego dyskursu o suwerenności zagrożonej siedział obok naczelnego owej „nazbyt wyrazistej” gazety i obaj wyrażali zgodne przekonania polityczne, które były jakie? Już „zrównoważone” czy jeszcze „nazbyt wyraziste”?
Dlaczego więc ten, jak rzekłem, najbystrzejszy i najdociekliwszy dziennikarz nie zareagował w prasie na „nie każde oszustwo jest przestępstwem” oraz cyniczne zignorowanie przez premiera Konstytucji?
Nie da się też zrozumieć, dlaczego inni dziennikarze w tradycyjnych, nie internetowych, mediach zlekceważyli owe dwie cyniczne wypowiedzi premiera, które godzą w suwerenność duchową obywateli? Nie zauważyli ich? Nie umieją ocenić? Boją się? Nie są zainteresowani zachowaniem posłów i rządu? Czy uważają, że wystarczy - żeby być wiernym naszej misji - postrzegać, pisać i mówić li tylko o zagrożeniach suwerenności politycznej oraz gospodarczej, używając wielosłowia, które zaciera istotę rzeczy, zaciemnia aksjologię? Natomiast suwerenność duchowa społeczeństwa, do którego adresują wytwory swej działalności twórczej, ich nie zajmuje?
A powinni po tych dwóch ekscesach premiera rozpętać istną burzę medialną: organizować dyskusje redakcyjne, otworzyć łamy dla czytelników o tym się wypowiadających, polemizować z sobą, urządzać spotkania z czytelnikiem na temat konsekwencji społeczno-moralnych poglądów premiera etc. etc. Zapełnić eter i kable telewizyjne audycjami. Zarząd Główny i oddziały regionalne SDP mogłyby organizować dyskusje na przykład pod hasłem (roboczym) „Moralność publiczna warunkiem suwerenności” lub „Apologia oszustwa zagrożeniem suwerenności” i zapraszać na nie wszystkich, dosłownie - choćby z ulicy - a przede wszystkim kolegów dziennikarzy z każdej reakcji i każdego stowarzyszenia czy związku dziennikarskiego oraz literackiego.
W końcu jednak nie moja rzecz pouczać wybitnych przecież dziennikarzy, co mają robić w takich sytuacjach, kiedy z wypowiedzi premiera emanuje immoralność, deprawacja. Ciekawe, czy Telewizja Republika zająknie się o tym w swych programach. Raczej pewność, że nie podejmie tematu.
Już raz – w latach 1944-1989 – prawie wszyscy z naszego środowiska sprzeniewierzali się swemu powołaniu i dlatego miast krytyki, była chwalba dyktatury albo, jak dzisiaj, m i l c z e n i e o źle władzy. Czy tamtej uległości, niemożności?, inercji?, niefrasobliwości?, lenistwa, tchórzostwa?, wyrachowania?, oportunizmu?, cynizmu?, zaniku troski o dobro również duchowe obywateli - nie zdołaliśmy przezwyciężyć i dalej nic nas nie obchodzą szachrajstwa rządu z premierem na czele?
Druga Rzeczpospolita ze swym dziennikarstwem też była zantagonizowana głębokimi podziałami politycznymi i ideologicznymi - od Stanisława Cata Mackiewicza, Adolfa Bocheńskiego, Jerzego Giedroycia, Karola Irzykowskiego, Mieczysława Grydzewskiego, Mieczysława Niedziałkowskiego, do Stanisława Strońskiego czy Adolfa Nowaczyńskiego. A jednak każde słowo wypowiedziane przez prezydenta, premiera, ba – posła i ministra, było przez nich zauważane, komentowane i oceniane zgodnie z wyznawanymi poglądami. To byli po prostu dziennikarze! Każdy w zgodzie z własnym sumieniem politycznym pracował nad podtrzymaniem suwerenności d u c h o w e j swych czytelników. Czy można sobie wyobrazić, żeby któryś z premierów, np. Wincenty Witos, Kazimierz Bartel, Walery Sławek, Marian Zyndram-Kościałkowski powiedział w Sejmie że oszustwo może nie być przestępstwem – a dziennikarze by milczeli? To czysta abstrakcja.
Jeśli nie będziemy przede wszystkim w mediach tradycyjnych, do których dostęp szerokich kręgów społeczeństwa jest (na razie), najłatwiejszy, piętnować niegodziwości polityków, zwłaszcza tych z wysokich i najwyższych szczeblach władzy państwowej, to potomni powiedzą, że od roku 1944 do… ? nie było w Polsce dziennikarzy.
Jacek Wegner
