Że w naszym ulu nie dzieje się dobrze, wiedziałyśmy od dawna. A to ubywało robotnic, które albo szukały nowych uli, czy wręcz pasiek, albo edyktami Królowej zostały do ich szukania zmuszone. A to o pyłek z kwiatków było coraz trudniej, co powodowało coraz mniejszą produkcję miodku, a tym samym psuło humor Właścicielowi pasieki, który chyba nam na złość coraz bardziej nas dodymiał. A to populacja trutni nie dość, że się rozrastała, to jeszcze z innych uli wracały stare i bezproduktywne. Jakoś sobie radziłyśmy, my, pszczółki robotnice. Od czasu do czasu niektórym z nas udało się nawet załapać na fuchę do sąsiednich uli. Jakoś się żyło, tylko z cicha pobzykując z niezadowolenia, bo z głośnego bzyczenia to jeno kłopoty.
Ale żeby wyrzucać nas z ula? Że niby my, robotnice to wolny zawód i możemy sobie zapylać i miodek produkować gdzie chcemy? Co prawda nasza Królowa, ustami trutni, bo niegodneśmy obcować z Jej majestatem, ogłosiła, że teraz będziemy mieć nową panią wyłonioną w jakimś przetargu i że ta pani da nam pracę na cały nadchodzący sezon, ale zmartwiłyśmy się bardzo, bo to jednak nasz ul, nasz miodek, a poza tym chciałybyśmy pożyć dłużej niż do następnego lata. Na dodatek nie wiemy, jak to będzie z deputatem miodku na starość, czyli takim naszym pszczelim ZUS-em.
Niektóre pszczółki, te bzyczące najgłośniej, zaczęły węszyć spisek Królowej z Właścicielem. Że niby chcą sprzedać nasz ul komuś innemu, bo w pasiece ogólnie dzieje się niedobrze. Ale my w to nie wierzymy, bo przecież bez miodku żyć się nie da, a i społeczeństwo głupieje. No to przecież Właściciel by tego nie chciał. Na to one wtedy, że właśnie o to chodzi. Jednak głupie te pszczoły.
A inne jeszcze bzyczą, że tu chodzi o to, że Królowa może się wkrótce zmienić i Jej następczyni dostanie w posagu nie ul, a tylko jego ogryzek. One pewnie mówią o pszczołach słusznie stąd przegnanych, które gdzieś tam w leśnych barciach się ulokowały, albo założyły swoje.
No i teraz my, robotnice nie wiemy, co robić. Wierzyłyśmy Królowej, a i Właściciel fajne rzeczy nam obiecał, a tu jakby kto łyżkę dziegciu. I cały miodek na śmietnik. A szkoda, bo ul dałoby się jeszcze naprawić.
Tymczasem trochę pobzyczę. Razem z koleżankami uczymy się właśnie requiem.
P.S. Jakiekolwiek analogie, skojarzenia, sugestie, supozycje i tym podobne jakoby sytuacja ula powyżej opisanego miała cokolwiek wspólnego z sytuacją pewnej spółki Skarbu Państwa są absolutnie nieuprawnione. A jeśliby kto twierdził inaczej, to uprzedzam, że swych praw będę dochodził na drodze prawnej, z zabezpieczeniem powództwa włącznie.
Tomasz Kleszczewski
