Protest w telewizji publicznej ma głębokie korzenie. Sięga dna. Dna telewizji publicznej. Przeżyłem kilka reform i reorganizacji w TVP. Jako pracownik byłem ich przedmiotem. Każda kolejna reforma pogarszała moją sytuację. Od 3 lat nie mam z TVP nic wspólnego i to, co się tam dzieje nie powinno mnie obchodzić. Ale obchodzi, bo telewizja publiczna jest dobrem wspólnym,  a zapowiadane zmiany i wyprowadzenie pracowników twórczych z TVP mogą być jej końcem.

 

 

Od dawien dawna słyszę o grzechach telewizji publicznej. Kilka lat temu pisał o nich w naszym esdepowskim „Forum Dziennikarzy” Jacek Snopkiewicz. Wymieniał wirusy pychy, niekompetencji, braku lojalności wobec pracowników, naśladownictwa, komercji, biurokracji, itd.  Coś się zmieniło?  A może telewizja publiczna nie nadaje się do remontu? Może – jak mówią niektórzy – trzeba ją zaorać?

Pytania, które postawiłem poniżej brzmią jak opowieść nie z tej ziemi, ale niestety opisują sytuacje, które zdarzyły się naprawdę. Podobne pytania stawiali i stawiają sobie pracownicy telewizji, a wraz z nimi wszyscy, którym dobro telewizji publicznej leży na sercu.

- W której telewizji traci się a nie zarabia na wielkiej imprezie sportowej, jaką są mistrzostwa Europy w piłce nożnej?

- Dlaczego wciąż o obsadzie wielu stanowisk kierowniczych decydują z tylnych foteli politycy?

- Dlaczego prezenterzy publicznej telewizji dorabiali reklamami w innych mediach, a dziennikarze (a czasem również ich szefowie) prowadzą zewnętrzne imprezy w godzinach pracy?

- Kto dopuścił do tego, że w telewizji publicznej zatrudniane są całe rodziny na stanowiskach redaktorów, montażystów, operatorów, itp.?

- W jakich publicznych stacjach dysproporcje pomiędzy wycenami podobnych materiałów wynoszą 1:10, a różnice w zarobkach sięgają  kilku tysięcy procent?

- Dlaczego w ośrodkach terenowych programy publicystyczne powstają prawie wyłącznie dzięki temu, że są sponsorowane przez Urzędy Marszałkowskie i inne ośrodki władzy politycznej? (W tym przypadku, rozumiem, czasami jest to jedyna możliwość, by dziennikarze w ogóle mogli pracować i zarabiać).

- Jakiej misji służy tak ogromna ilość seriali - drogich i tasiemcowych? (Może jednak przynoszących zyski, bo jeśli widzowie nie płacą abonamentu, to przecież telewizja musi się komercjalizować. Tylko, czy taka skomercjalizowana telewizja jest jeszcze telewizją publiczną?)

Dziś słychać w telewizji powszechny płacz i zgrzytanie zębów.  Ale, gdy kogokolwiek pytam, to nikt nie wie, na czym będzie polegał nowy system. Wielu moich rozmówców podejrzewa skok na kasę. Inni obawiają się, że wkrótce stracą pracę, a zapowiadany tzw. „outsourcing” jest  ukrytą formą zwolnień grupowych. Współczuję pracownikom, ale zarazem się dziwię. Bo to jest jedna strona medalu. Druga jest pytaniem: czy patologie widać dopiero teraz? A wcześniej ich nie było?

Telewizja publiczna psuje się od co najmniej 10 lat. Kiedy zlikwidowano redakcje i wprowadzono tzw. system producencki widać było, że twórcy w telewizji nie są potrzebni. Potrzebny był aparat do zarządzania i produkcji, w tym ostatnim przypadku nieważne czy wewnętrznej, czy wyprowadzonej na zewnątrz. Potem przyszło nadmierne upolitycznienie, i za Kwiatkowskiego, i za rządów PiS i LPR, PO i PSL; w telewizji publicznej prezesi przyznawali niektórym członkom zarządu, dyrektorom, a również dziennikarzom bulwersujące uposażenia czy odprawy. Nieumiejętność w ściąganiu abonamentu i skandaliczna wypowiedź premiera Tuska, że abonament to haracz, tylko pogłębiły zapaść ekonomiczną. Dziś mimo poprawy finansowej (a może dlatego) szefowie Telewizji chcą wyprowadzić z TVP ponad 500 osób. Ale nie będzie to wyjście do ziemi obiecanej.  Obawiam się, że będzie to raczej droga na manowce.

Związek zawodowy Wizja wzywa do protestów, Solidarność się powstrzymuje. Co będzie dalej? Czy ktoś będzie chciał jeszcze rozmawiać o podstawach? O tym, czym powinna być telewizja publiczna, do kogo ma być adresowana, jak ją finansować, jak uwolnić spod wpływów politycznych? Już słyszę głosy, że przecież dziś są ważniejsze sprawy, bo chcą „nas wyrzucić”. Faktycznie. Czy jednak, kiedykolwiek nadejdzie ten dzień, kiedy pracownicy telewizji i decydenci wspólnie zasiądą do stołu, by porozmawiać o telewizji naprawdę publicznej, bo dziś  jest ona przede wszystkim telewizją polityków i menedżerów, a nie twórców i widzów?

Pomarzyć warto. W marzeniach odbija się świat naszych wartości. Cóż zresztą wart byłby świat bez marzeń? Tymczasem nad telewizją zapada ciemność. Ostatni gaszą światła.

 

Marek Palczewski

30 maja 2013 roku

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl