Rozpoczął się proces Cezary Łazarewicz przeciw Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, wytoczony za nominowanie do Hieny Roku tekstu „Ojciec braci” poświęconego Rajmundowi Kaczyńskiemu. Publicysta „Newsweeka” (dziś już we „Wprost”) ostatecznie nie dostał naszej antynagrody. Ale już sama nominacja skłoniła go, by drogą sądową domagać się przeprosin.

 

Dlaczego akurat Łazarewicz został w ten sposób „wyróżniony”? W uzasadnieniu swej decyzji sprzed roku zarząd SDP napisał, że „autor kolportuje plotki, domniemania i hipotezy na temat spraw intymnych oraz stawia piętnujące tezy dotyczące relacji rodzinnych”, a także iż „tekst tak głęboko ingerujący w prywatne życie został napisany pod tezę polityczną, mającą w efekcie uderzyć w lidera opozycji oraz dobrą pamięć o nieżyjącym Prezydencie RP.”

 

Pomijam w tym miejscu wielokrotnie podnoszoną kwestię zasadności uciekania się do werdyktu sądu w takich kwestiach. Proces już jest, zaczęły się przesłuchania. Można zatem porozmawiać o linii obrony dobrego imienia nominowanego. Bo nie samego tekstu, a szczególnie jego fragmentu poświęconego intymnym szczegółom z życia „ojca braci”. I rzeczywiście, na pierwszej rozprawie o tym: czy, z kim i gdzie Rajmund Kaczyński zdradzał żonę rozmawiano najmniej. Bo to był dla pozywającego detal (choć dla nas kwintesencja nominacji do Hieny). Pozew zbudowany został wokół drugiej części uzasadnienia. Z pewnym niepokojem oczekiwałem więc konkretów miażdżących naszą opinię o publikacji. Na przykład listy podobnych tekstów tegoż autora (lub innych) o rodzicach Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Tuska, Palikota czy Millera. Kogokolwiek z tej samej politycznej półki. Nawet bez pikantnych szczegółów z życia antenatów. Może przeoczyliśmy i teraz trzeba będzie odszczekać. Nie przeoczyliśmy. Tamten tekst był jedyny. Ale przecież nie o tekst chodzi, ale o nominujących.

Cezary Łazarewicz (osobiście) oraz jego adwokat pytali nas na sali rozpraw o nasze poglądy. Co to ma do rzeczy? Jakie poglądy pozbawiają prawa wyrażania opinii na temat etyki naszego zawodu? „Chcemy wykazać, że nominacja miała charakter polityczny”  - wyjaśniał adwokat . Na razie wykazywanie odbywało się przez szczegółowe prześwietlenie profilu redakcji dla których pracowaliśmy przez ostatnie 20 lat („proszę wyliczyć”). Nie wezwano wszystkich członków zarządu (a jest ich 12 plus prezes), by nie zaciemniać obrazu (niektórzy mają 16 letni staż w „Gazecie Wyborczej”).  Na kolejnych przesłuchaniach zapewne pojawi się też starannie dobrany wybór naszych publikacji.

 

Można się zastanowić do czego tego typu postępowanie jest potrzebne, skoro i tak wszystko jasne. Cezary Łazarewicz zaraz po nominacji stwierdził przecież, ze „SDP przejęła grupa dziennikarzy blisko związanych z PiS, którzy stoją na straży PiS-owskiej twierdzy”. Widać chce na tę oczywistość mieć teraz wyrok sądu. I to jest najciekawsze w procesie o Hienę.   

 

Dotąd media, w których pracował Łazarewicz „kasowały” pojedynczych dziennikarzy, a i całe redakcje epitetem „pisowski”. Oznaczał on tę szczególną przypadłość, która zwalnia z konieczności podejmowania polemiki z jej nosicielem. Epitet stał się na tyle szeroki, że w pewnym momencie pisowski okazał się nawet „The Economist”. Zostać „pisowcem” jest więc dość łatwo, a tytuł przyznawany jest zaocznie. Po raz pierwszy mamy szansę otrzymać go – in corpore - drogą postepowania sądowego.  Warto zatem śledzić kolejne rozprawy, no i oczywiście ostateczny werdykt. Być może otworzy on nowy rozdział w dziedzinie swobody wyrażania opinii o ukazujących się w Polsce publikacjach.

 

Piotr Legutko

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl