Właściwie to niejeden a trzy. Trwa proces Macieja Kuciela z TVN o to, że nagrał i zacytował panią sędzinę bez jej zgody – straszy art. 14. prawa prasowego, domagający się od dziennikarza przeprowadzenia autoryzacji. Po drugie, Gazeta Wyborcza podała, a w ślad za nią inne media, że są w Polsce dziennikarze, którzy biorą pieniądze od partii politycznych. I po trzecie, co z tym fantem ma zrobić SDP? Na pustyni jest dużo pisaku i można by tam schować niejedną głowę, ale na pustynię daleko. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. A prawda, jak to prawda, w oczy kole.
Po kolei, 11 czerwca obserwowałem proces przeciwko Maciejowi Kucielowi – dziennikarzowi śledczemu z TVN Uwaga zarzucono złamanie art. 14 pp. Przypomnę czego dotyczy:
p.1. Publikowanie lub rozpowszechnianie w inny sposób informacji utrwalonych za pomocą zapisów fonicznych i wizualnych wymaga zgody osób udzielających informacji.
p. 2. Dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana.
Z art. 49 pp. grozi grzywna lub kara więzienia za niedotrzymanie warunków art. 14. Grzywnę do zapłacenia (10 tys. zł) Kucielowi zasądzono wcześniej, ale odwołał się od tego orzeczenia i walczy o prawo dziennikarza śledczego do publikacji wypowiedzi w ważnej sprawie społecznej, nawet gdy wymóg prawno-formalny (art. 14. 1. i 2.) nie został spełniony. Dla środowiska dziennikarzy śledczych jest to sprawa (naprawdę nie żartuję) „życia lub śmierci”, bo traktowany dosłownie art. 14., a szczególnie jego egzekucja, kładzie dziennikarstwo śledcze (które i tak ledwo zipie) na łopatki; niemożliwe byłoby bowiem wykorzystywanie wszelakich nagrań z ukrytej kamery lub z podsłuchów. Warto by przy tej okazji w obronie wolności dziennikarskiej zmobilizować całe środowisko, bo cel jest wspólny. Nie może być tak, żeby za dążenie do prawdy - wtedy kiedy dziennikarz nie przeinacza cudzych słów, lecz cytuje je dosłownie, dochowując staranności i umożliwiając wypowiedzenie się negatywnym bohaterom swojego reportażu – dziennikarz był karany z artykułu prawa prasowego!
W Ameryce do roku 1735 nie wolno było krytykować władzy, niezależnie czy była to krytyka słuszna i oparta na faktach czy nie, i dopiero obrona Petera Zengera prowadzona przez Andrew Hamiltona stała się precedensem dla wolności słowa i wstępem do I poprawki amerykańskiej Konstytucji. Hamilton przekonał ławę przysięgłych, że za prawdę nie wolno karać! [http://en.wikipedia.org/wiki/John_Peter_Zenger] W USA nie ma żadnej autoryzacji, jeśli powiedziałeś coś dziennikarzowi, to licz się z tym, że on może to opublikować. Było raz tak, że sekretarz stanu Henry Kissinger chciał wycofać się z tego, co powiedział słynnemu dziennikarzowi śledczemu Bobowi Woodwardowi i stwierdził, że to było „off-the-record” (a więc z zastrzeżeniem, że nie do publikacji), na co Woodward mu odpowiedział, że mógł to sobie zastrzec na początku rozmowy a nie na końcu, i słowa Kissingera opublikował bez żadnych konsekwencji prawnych.
Najwyższa pora, byśmy wzięli przykład z Amerykanów, bo oni lepiej od nas znają się na wolności prasy, i żebyśmy zmienili nasze prawo prasowe, wyrzucając z niego choćby wspomniane wyżej punkty art. 14. i art. 49. Ta sprawa wymaga współdziałania SDP z dziennikarzami z TVN, TVP, Gazety Wyborczej, Gazety Polskiej i innych mediów, a także wieloma prawnikami, których przekonalibyśmy do naszych racji, że nie chodzi o to, by dziennikarze nie odpowiadali przed prawem, tylko żeby nie byli skazywani na podstawie nieżyciowych i skrywających prawdę paragrafów.
Jak mamy jednakowoż to zrobić, jeśli jesteśmy skłóceni wewnątrz środowiska dziennikarskiego? Jak to uczynić, jeżeli nie istnieją wspólne dla wszystkich dziennikarzy i spójne normy etyczne, kiedy prawda miesza się z kłamstwem, niezależność z podporządkowaniem partiom politycznym, wolność z brakiem odpowiedzialności? To problem numer dwa nagłośniony przez Gazetę Wyborczą, ale również opisywany wcześniej z innych pozycji przez dawne Uważam Rze. I na nic się tu zda argument: „a w Ameryce to Murzynów biją”. To, co napisała GW powinno owocować adekwatną odpowiedzią, a nie atakiem ad personam. Zaczepiona przez GW Teresa Bochwic wyjaśniła sprawę w krótkim oświadczeniu. Ciekaw jestem, czy podobnie uczyni nasz prezes Krzysztof Skowroński, bo szczerze mówiąc jego gładkie słowa o wolności i niezależności na razie mnie nie przekonały (piszę o tym obok na swoim blogu na stronie sdp.pl). Budzi pewne nadzieje skłonność prezesa do ujawnienia tajnej klauzuli umowy pomiędzy Radiem Wnet a PiS. Tylko dlaczego jest ona tajna a nie jawna od samego początku?
I problem trzeci: reakcja warszawskiego zarządu z Grzegorzem Cydejko i dwójki „rebeliantów” – Joanny Lichockiej i Wojciecha Reszczyńskiego. Z jednej strony domaganie się ustąpienia prezesa, z drugiej atakowanie Cydejki za rozpętywanie „burd”. To może być początek wojny (ale nie chcę krakać), która może doprowadzić do rozłamu SDP i podziału na dwie duże frakcje: na tę, która nie widzi niczego złego w braniu przez Prezesa SDP jako szefa Radia Wnet pieniędzy (subwencji) od partii politycznej (mało mnie obchodzi, że akurat od PiS, bo to wynika z sympatii prezesa), i na tę, która takiej postawy nie akceptuje. Obym się mylił, ale jeśli wkrótce nie dojdzie do wyjaśnień ze strony prezesa i rozmów pomiędzy szefami tych grup, to w czasie najbliższego zjazdu czeka nas raczej pyskówka niż merytoryczna dyskusja.
Napisałem na blogu, że szlachectwo zobowiązuje [http://www.sdp.pl/node/9366], bo jesteśmy stowarzyszeniem profesjonalnych dziennikarzy (i mam nadzieję – przyzwoitych). Krystyna Mokrosińska zawsze powtarzała, że twarz ma się tylko jedną; łatwo ją stracić, trudno odzyskać. Przejrzyjmy się w lustrze.
Marek Palczewski
20 czerwca 2013
