Afera Snowdena pokazała, że wszyscy możemy być inwigilowani. To nic nowego w Polsce, gdzie służby około 2 mln razy (najwięcej w Europie) sprawdzały nasze bilingi i korespondencję. Wysyłasz smsy, piszesz e-maile, przeglądasz internet – nie miej złudzeń, reklamodawcy, znajomi i służby wiedzą już o tobie wszystko. A co robisz dziś? Wystarczy zajrzeć do twojego Facebooka czy Twittera, żeby wiedzieć, co jadłeś na śniadanie. Sam odarłeś się z prywatności i nie dziw się, że ktoś z tego korzysta.
Media inwigilują na potęgę, i nie ma takiego miejsca, gdzie byś się schronił, bo i tak cię dopadną, jak dawniej księżniczkę Monako czy księżnę Dianę, a dziś księżnę Canbridge opalające się topless na prywatnej wyspie lub werandzie. Celebryci zresztą sami podsycają zainteresowanie o sobie, jak Christiano Ronaldo, którego wypowiedź odczytano jako przyznanie się do homoseksualizmu; i zaczęła się wielka dyskusja, czy Ronaldo jest gejem czy nie? Ale nie trzeba być celebrytą, by zwrócić na siebie uwagę, wystarczy uprawiać seks na balkonie w centrum dużego miasta (znowu ta Łódź!), by trafić na stronę tabloidu za sprawą biegającego z aparatem fotograficznym podglądacza scenek rodzajowych. W tym przypadku trafiło mu się, łódzki paparazzo wykonał zdjęcie swojego życia.
Dzięki mediom i ty możesz stać się celebrytą, wystarczy, że będziesz pojawiał się w towarzystwie tzw. gwiazd, by zyskać nazwisko, i nie musisz być wcale być córką znanego właściciela lodziarni, by napisała o tobie Karolina Korwin-Piotrowska. Kreacja celebrytów jest prostsza niż konstrukcja cepa, trzeba się tylko pokazywać, inwestować w pokazywanie się, poznać kogo trzeba i pogadać ze znajomym dziennikarzem. Najlepsze są kontrakty, ja cię zaproszę na grilla kilka razy do roku, opowiem ci parę historyjek, a ty nie będziesz mnie śledził w innych miejscach, zgoda?
Robię cotygodniowy przegląd tygodników, i o dziwo, celebrytyzmu w nich mało. Wybija się tylko, ale tu zaskoczenia dla mnie nie ma, tygodnik „Wprost”, który a to przypomni zapomnianą celebrytkę „taśm prawdy” Renatę Beger, a to opisze problemy z garami celebrytki Magdy Gessler, a to włączy do poważnego artykułu tabloidowy wątek o chorążym, od którego odeszła żona, bo nie chciał jej powiedzieć, że otwiera bramę w Kiejstutach (tam, gdzie CIA miało ponoć więzienie). Na przedostatniej stronie tygodnika Karolina Korwin-Piotrowska pisze o Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach, gdzie dominuje lans: Zamachowski, Rysiek z „Klanu” i Mucha. Dobry temat na ogórki. Byłbym jednak niesprawiedliwy wobec „Wprost”, gdybym nie zauważył poważnych artykułów o PO, papieżu Franciszku, Baumanie, czy rozmowy o ludobójstwie na Wołyniu.
W rozmowie opublikowanej we „Wprost” Paweł Zalewski, współprzewodniczący Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa apeluje, żeby tego, co zrobili Ukraińcy Polakom na Wołyniu 70 lat temu nie nazywać ludobójstwem, „wystarczy, że (prezydent Komorowski w Łucku – M.P.) powie, iż jest to zbrodnia”. Jak bestialski mord popełniony przez UPA i OUN oraz „normalnych” Ukraińców na bezbronnej polskiej ludności cywilnej przy pomocy broni palnej, sztachet, pił, siekier i noży, jak palenie ich żywcem w domach i kościołach (mordy zaczęły się 11 lipca 1943 roku o 2.30 nad ranem we wsi Gurów), jak takiej bestialskiej rzezi na dziesiątkach tysięcy mieszkańców w ponad 500 miejscowościach nie nazwać ludobójstwem? A może za ten okrutny mord powinniśmy przepraszać Ukraińców i prosić ich o przebaczenie? Absurd, na szczęście ton innych tygodników („Sieci”, „Do Rzeczy” i „Uważam Rze”) jest inny: dwa pierwsze piszą o ludobójstwie, „Uważam Rze” o masowych mordach, które nigdy nie zostały rozliczone. Wręcz przeciwnie, na Ukrainie zbrodniarze odpowiedzialni za rzeź wołyńską są gloryfikowani!
Zacząłem od Snowdena i powszechnej inwigilacji. Wydaje się, że w erze internetu i wszystośledzącej elektorniki taka potworna zbrodnia, jak zbrodnia wołyńska nie mogłaby się przed światem ukryć. Dobrze, że polskie media (przynajmniej niektóre) przypomniały prawdę o tamtych wydarzeniach. Jednak Ukraina czeka wciąż na swego Snowdena.
Marek Palczewski
11 lipca 2013
