Jedną z kultowych powieści mojej generacji – w istocie wielu pokoleń, które przyszły na świat po 1900 roku – był “Lord Jim”. Oczywiście, to samo mówiło się kiedyś o “Wilku stepowym” Hermana Hessego, “Grze w klasy” Julio Cortazara, a nawet dramatach Stanisławy Przybyszewskiej, zakochanej bez pamięci w Dantonie, Robespierrze, i całej Rewolucji Francuskiej. Ale kto dziś pamięta przesłanie Hessego, które dociera jednak głównie do ludzi młodych, u progu dojrzałości, albo literackie układanki Cortazara, do kogo apelują – gdy znane są już koszta ludzkie, hipokryzja liderów i stopień społecznej manipulacji – krwawe wydarzenia końca XVIII wieku we Francji. A “Lord Jim”, jak mówią Anglicy, wciąż “evergreen”,” aktualny, ponadczasowy, przywoływany w literackich cytatach i adaptowany na duży i mały ekran. I ciągle podbija serca młodych ludzi, naturalnie tych, którzy jeszcze nie zamienili książek na tablety i smartfony.
Dlaczego tak się dzieje, do końca nie wiadomo. Zew przygody? Tak. Ciepłe, lazurowe morza, odległe, egzotyczne kraje, inny styl życia, filozofie, religie, stosunek do ludzi, obowiązku, czasu, przestrzeni, przeznaczenia człowieka. Jednak chyba przede wszystkim dlatego, że Joseph Conrad – Anglicy zagarnęli go całkowicie, i kiedy niedawno dokumentowałam “tropy” pisarza w hrabstwie Kent, gdzie spędził 26 lat życia, żaden z obecnych właścicieli nie miał pojęcia, że był Polakiem z pochodzenia – że “Lord Jim” sięga do najgłębszych motywacji ludzkich zachowań, i opowiada o zwycięstwie kultury nad naturą, sumienia nad instynktem przetrwania, świadomości nad podświadomością. Naszym czynom i postawom przydaje kwalifikacji moralnych, nie waha sie dobro nazwać dobrem, a zło złem, oddzielić odwagę od tchórzostwa, lojalność przeciwstawić zdradzie, sytuuje historię Jima w kategoriach aksjologicznych. Opowiada nie tyle – jak Dostojewski – o winie i karze, co o winie i odkupieniu. I aktualna poczytność tej powieści dowodzi, że czytelnicy bez względu na wiek, płeć i zawód, długość i szerokość geograficzną, lubią takie historie, które opowiadają o odwiecznej i trudnej walce człowieka o swoje człowieczeństwo.
 
A więc z jednej strony młody angielski oficer, syn pastora, jak pisze Conrad, ”o szlachetnym sercu, żywej wyobraźni i ambitnych życiowych zamiarach”, wiezie do Mekki na statku “Patna” 900 pielgrzymów. Kiedy podczas sztormu wydaje się, że stara, przeładowana jednostka tonie, Jim pod wpływem impulsu skacze do łodzi ratunkowej, którą odpływa kapitan i reszta dowództwa. Okazuje się, że pielgrzymi zostają uratowani, kapitan ucieka przed procesem, to samo Marlowe proponuje Jimowi, ale ten odpowiada: ”Zawiodłem, mogę i muszę to wytrzymać”, otrzymuje wyrok skazujący, pozbawiają go stopnia oficera i praw marynarza. Rozpoczyna sie długi proces ekspiacji, zakończony śmiercią Lorda Jima w Patustanie. Mógłby jej uniknąć, ale musiałby jeszcze raz “skoczyć do łodzi ratunkowej”, pozostawiając ludzi, którzy mu zaufali samym sobie.
 
A cały ten proces myślowy został uruchomiony przez news z 17 lipca – informacje o rozpoczęciu procesu kapitana statku wycieczkowego Costa Concordia, który miał miejsce półtora roku temu, w styczniu 2012 roku. Otóż przed sądem w Grosseto w Toskanii toczy się właśnie sprawa Francesco Schettino, oskarżonego o doprowadzenie do katastrofy wycieczkowca, nieumyślne spowodowanie śmierci 32 osób i ucieczkę z pokładu. Grozi mu za to do 20 lat więzienia. Rzecz w tym, że kapitan zadurzony w młodej Mołdawiance Domnicy Cemortan chciał jej pokazać urodę wyspy Giglio nocą, podpłynął zbyt blisko lądu, wpadł na skały, statek niebezpiecznie przechylił się i zaczął tonąć. Francesco Schettino nie przyznaje się do winy, nie czuje się odpowiedzialny za katastrofę, uważa, że dzięki manewrowi, który wykonał, uratował większość pasażerów. Twierdzi, że gdyby nie skierował statku w stronę wyspy po uderzeniu w skały, zginęłoby więcej ludzi. Proces toczy się w gmachu miejscowego teatru, ponieważ sala sądowa nie pomieściłaby adwokatów rodzin ofiar oraz pełnomocników pasażerów z kilkudziesięciu krajów świata. Prokuratura nie ma wątpliwości co do winy kapitana.
 
A więc sytuacja jakby z Conrada, a gdzieś tam na wyższym stopniu uogólnienia - przypowieść moralna o lojalności i zdradzie, poczuciu odpowiedzialności za innych i bezmyslności i egoizmie, trudnych wyborach i walce z własnymi słabościami. Właściwie o tym wszystkim, z czym spotykamy się – jeśli nie co dzień – to na pewno dość często. Fatalny wybór, czasem jak u Jima, pod wpływem impulsu, braku pełnej wiedzy czy nietrafnej oceny sytuacji. I w istocie nie ma innego wyjścia niż to, na które zdecydował się Jim – uznanie winy, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, odzyskanie utraconego szacunku ludzi, do siebie samego. Dziś ten łańcuch przyczynowo – skutkowy został zerwany, zanika myślenie kategoriami aksjologicznymi, nie ma “szczerej spowiedzi, żalu za grzechy”, lub choćby tylko “mocnego postanowienia poprawy”. Kapitan Schettino nie przyznaje się do winy, wynajął najlepszych adwokatów, którzy w zamian za jego współpracę czyli przyznanie się do winy, proponują 4-3 lata kary. Więcej, stał się rodzajem celebryty. “Bad boy”, ale sławny i obecny w mediach “bad boy”. Cóż, jakie czasy, tacy celebryci. Chyba świat “psieje”, a przypadek kapitana Schettino, lekkomyślnego, nieodpowiedzialnego i tchórzliwego, jest tylko jednym z dlugiej serii dowodów. Na szczęście jest i inna lista, na przyklad “Bohaterów Roku”, których w Wielkiej Brytanii rokrocznie nagradza jury z Karolem, księciem Walii na czele. A przecież takich list na świecie jest sporo…
 
Elżbieta Królikowska-Avis
Londyn, 28 lipca 2013
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl