Niedawno na łamach polskiego „Newsweeka” ukazał się wstępniak naczelnego Tomasza Lisa, którego fragment zacytuję, bo warto: ”Jarosław Kaczyński chce podjąć niedokończone dzieło Wojciecha Jaruzelskiego i zbudować socjalizm. Będzie narodowo w formie i socjalistycznie w treści – udana synteza szczytnych osiągnięć kaczyzmu – leninizmu”. Ten fragment jest nie tylko symptomatyczny dla poziomu intelektualnego  dziennikarstwa mainstreamowego,  jego poczucia humoru, lecz  także wiedzy bazowej, jaką dysponuje. Mniej niż zero. I jakże łatwo to udowodnić.
    Tomasz Lis nie jest pierwszym, który zarzuca Jarosławowi Kaczyńskiemu  sięganie do programu do niedawna przypisywanego socjalistom.  To samo niedawno zarzucał Kaczyńskiemu  Donald Tusk, twierdząc, że „PiS promuje socjalizm”, a także Marek Borowski, który zadecydował, że „określenie Polska solidarna nie należy do PiS”.  Tak, że Lis nie jest w tej kolejce ani pierwszy, ani lepszy. Kiedy zabieram się do lektury mainstreamowych gazet czy magazynów, mam dojmujące wrażenie jakby publicyści zajmujący się problematyką zagraniczną, ale i polską, wciąż żyli za Żelazną Kurtyną i żadne nowe polityczne zjawiska, nurty ani mody nie przenikały do nich z zewnątrz. Np. zarzucają prawicy, że „nie jest dość prawicowa” oraz „rozdarta między dość tradycyjnie pojętą prawicowość w kwestiach tożsamości oraz lewicowość w polityce społeczno – gospodarczej”. Ja wiem, że lewicowo-liberalny mainstream wolałby, aby polska prawica pozostała taka jak przez II wojną światową, łatwiej byłoby walić w nią jak w bęben, nazywać „ciemnogrodem” i , jak to niedawno zrobił w swoim artykule Jarosław Makowski, „anachronizmem”, ale „to se ne vrati”.  
 
     Po pierwsze, przez ostatnich 70 lat - wojna, sowietyzm i nie tak wyrazista jak na Zachodzie, ale jednak obyczajowa rewolucja kontrkulturowa - wszystko to przeorało  nasz kraj  wzdłuż i wszerz, i zmieniło nie do poznania polską „bazę społeczną”. Polski konserwatyzm j e s t  dziś inny niż przez II wojną światową, inni konserwatyści, inne ich media. „Panta rhei”.  Po drugie – ideologie i systemy polityczne ewoluują podobnie jak ci, którzy je kształtują i jedyne co można zrobić, to broniąc swojej tożsamości i tradycji, z którą czujemy się wygodnie i u siebie, próbować czerpać to, co mądre, wzbogacające, humanizujące w jakiś sposób nasze życie społeczne, polityczne, indywidualne.  Czy Tomasz Lis nie wie, że od dobrych kilkunastu lat w Wielkiej Brytanii, ale i w Stanach Zjednoczonych, gdzie dawno, dawno temu był korespondentem, następuje zjawisko zanikania tradycyjnych podziałów programowych i wzajemnego zawłaszczania wybranych haseł, dotychczas kojarzonych z partyjnymi przeciwnikami? Pierwszy zaczął to robić Tony Blair, który, próbując poszerzyć elektorat Partii Pracy o klasę średnią, sięgnął do programu wartości konserwatystów, a teraz  w druga stronę robi to David Cameron, który zawłaszcza hasła do tej pory kojarzone z lewicą: prawa mniejszości, ochrona środowiska, wsparcie dla krajów rozwijających się. Pomysł Jarosława Kaczyńskiego nie spadł więc z nieba - zwłaszcza, że związek zawodowy Solidarność nigdy nie był powiązany z komuną - i wygląda na polską wersję „nowoczesnego, współczującego konserwatyzmu” Camerona.  Jej bardziej tradycyjną wersję, bo i nasza „baza społeczna” jest  bardziej konserwatywna niż w Wielkiej Brytanii, ma inne potrzeby i oczekiwania, przede wszystkim w segmencie systemu wartości. I gdyby Tomasz Lis czytywał  amerykańską wersję swojego tygodnika, a byłoby to wskazane, doskonale by o tym fenomenie wiedział.
 
    Dawno minęły czasy, kiedy Labour Party oznaczało państwo opiekuńcze z jego  gospodarką odgórnie sterowaną oraz liberalizm obyczajowy, a Conserwative Party – konserwatyzm w dziedzinie wartości oraz free market, wolny rynek. I nie ma racji, kto twierdzi, że  mamy  w Polsce tylko jeden wybór – albo europejski, socjalistyczny model państwa, jaki promują nasi lewicowi liberałowie, albo być zmiecionym przez niekontrolowane szaleństwo wolnego rynku. Albo liberalizacja w dziedzinie bioetyki i obyczajów, albo  skansen i ciemnogród. Pozostaje jeszcze inna droga: państwo oparte wprawdzie na socjalnej solidarności, ale nie odrzucającej wolnej gry sił rynkowych. Pilnowanie jak oka w głowie naszych wartości chrześcijańskich, które stanowią wielka część naszej tożsamości i tradycji, ale i  - jedno drugiego nie wyklucza, wręcz przeciwnie – rozsądne, dopóki zgodne z interesem społecznym i zdrowym rozsądkiem - akceptowanie praw mniejszości, ochrona praw zwierząt, czystości środowiska naturalnego. Bez przewalanek i przestawiania wajchy w drugą stronę - jak dzieje się to dziś na Wyspach, a zaczyna i w Polsce. 
 
    Lewicowo-liberalny mainstream coraz rzadziej krytykuje konserwatystów za „zaściankowość” i „ciemnogród”, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że ten argument jest już dziś passe. Owszem, dawno, dawno temu, w latach 50., 60. i 70., w nagrodę za kolaborację, zaprzaństwo i donosicielstwo, dostawało się paszport, wyjeżdżało na stypendia na Zachód, zdobywało dyplomy, wiedzę i kontakty, które bardzo pomagały w dalszej karierze. Ale to się skończyło. Teraz każdy, kto dysponuje kasą i talentem – bardzo rozbudowany na Zachodzie system grantów – może wyjechać, studiować i wraca jako „europejczyk” do Polski. Także konserwatyści. I to robią. Media konserwatywne także mają swoich naukowców (choćby prof. Marek Chodakiewicz czy Zdzisław Krasnodębski, a gdyby się rozejrzeć,  jest ich więcej), swoich korespondentów (Chicago, Bonn, Londyn, chociaż wciąż jest ich za mało), i byłym „europejczykom” trudno już wciskać nam kit.  Jak próbuje to robić  bardzo zapóźniony w informacji o tym, co się dzieje na świecie, redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis.    Londyn, 5 sierpnia 2013.
     
Elżbieta Królikowska Avis      
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl