Pracuję, kiedy mam wolne. Byłem na wystawie „Fotobiografia PRL” w Zachęcie i taki napis przeczytałem w oknie jednego z zakładów fryzjerskich. Czar PRL w pełnej krasie: furmanka zaparkowana przed kawiarnią o dumnej nazwie „Wiedeńska”, czy pokaz mody na skwerze przed kościołem. I ta niezamierzona humoreska: praca w dzień wolny, bo przecież w godzinach oficjalnej pracy często nic się nie robiło i „czy się stało, czy leżało, dwa tysiące się należało”. Prawdziwa praca zaczynała się po godzinach pracy, czyli w tak zwanym czasie wolnym.
Minęły lata. PRL popadał w zapomnienie, i tylko ożywa na artystycznych wystawach. Sport całkowicie się skomercjalizował i nawet średniej klasy piłkarze polskiej ekstraklasy zarabiają ponad 10 tysięcy złotych miesięcznie, a ci najlepsi mają i po 30 – 40 tysięcy. To jeszcze nic w porównaniu z Messim (40 mln euro rocznie), Cristiano Ronaldo (43 mln) czy Beckhamem (44 mln), ale nie są to już przysłowiowe dwa tysiące dawnego amatora.
Tak wysokie zarobki są jawne, ale czy na pewno należy podawać do wiadomości publicznej zarobki każdego Kowalskiego? Szef OPZZ Jan Guz chce, żeby dochody wszystkich Polaków były znane. Sam jednak – jak doniósł „Fakt” – wysokości swoich zarobków podać nie chciał. Ciekawe dlaczego, czyżby wstydził się, że zarabia tylko 8 374 zł miesięcznie? Może to rzeczywiście wstyd, bo zarabia mniej niż szef „S” Piotr Duda (podobno ma ok. 12 tys. zł).
W nader interesującej rozmowie braci Karnowskich z Dorotą Gawryluk (wSieci, nr 33/2013, s. 30-33) o tabloidyzacji, celebrytach i przyszłości mediów, pojawił się również wątek ujawnienia zarobków. Zdaniem Doroty Gwryluk Polacy nie mają nic przeciwko temu, żeby dziennikarze dużo zarabiali, „żeby byli trochę z lepszego świata, żeby ludzie którzy odnieśli sukces, żyli dostatnio”. Dalej dziennikarka stwierdza, że Polaków boli, kiedy dużo zarabiają ci, którzy „utrzymują się z podatków”. Z pewnością chodzi Gawryluk o osoby pracujące na państwowych posadach (np. w publicznych mediach, związkowców?). Zatem – wynika z jej wypowiedzi – jeśli płaci prywatny pracodawca, to Polaków to nie boli. Nie wydaje mi się, żeby to była prawda, przecież „prywaciarz” to złodziej. Tak było i nadal jest, i związkowcy dobrze o tym wiedzą.
Ponad 20 lat temu Christopher Lasch napisał książkę „Bunt elit”, w której dowodził kompletnego rozminięcia się sytuacji i poczucia rzeczywistości bogatych i biednych, elit i plebsu. Dziś wydaje się, że ta diagnoza jest tylko częściowo słuszna, bo bogaci decydenci „wiedzą” czego chce „motłoch”. To oni w krajach Zachodu określają nawyki konsumpcyjne, styl życia i codzienną ideologię biedniejszej części społeczeństwa. Elity, również związkowe, domagają się więc ujawnienia zarobków kadry kierowniczej, ale szef OPZZ nie chce przyznać się, ile sam zarabia. Może oczywiście wzywać, tylko kto go posłucha, jeśli on nie słucha sam siebie?
W ubiegłym tygodniu „Polityka” opublikowała listę płac w zawodach w Polsce. Na czele listy znalazł się prezes zarządu (mediana zarobków – 11 731 zł, tzn. że połowa ankietowanych zarabia powyżej, a połowa poniżej tej kwoty), pilot samolotu i adwokat. Na końcu tej listy krawiec i szwaczka (100. miejsce, mediana – 1543 zł). Dziennikarz w środku stawki (mediana – 2999 zł). Zatem, z dziennikarzami dobrze nie jest, a może być jeszcze gorzej, np. w telewizji publicznej, gdzie finansowa przyszłość pracowników jest (i zawsze była) niepewna. Przez ostatnie lata pracy w TVP zarabiałem ok. 1 000 zł miesięcznie, ale nie ma się czym chwalić, więc czy warto ujawniać zarobki tylko po to, żeby zaspokoić cudzą ciekawość?
Myślę, że politycy, samorządowcy, związkowcy, zarządzający państwowymi przedsiębiorstwami powinni przyjąć do wiadomości, że ich płaca będzie podawana do publicznej wiadomości. Jednak kontrakty w prywatnych firmach są wewnętrzną sprawą regulowaną przez wzajemne zobowiązania pracodawcy i pracobiorcy. Żaden pracodawca nie będzie przepłacał za pracę mało wydajnego pracownika. To chyba oczywiste, nawet jeśli jest to jego dobry znajomy. Argument, że w innych krajach zarobki są jawne, nie jest oczywisty w stosunku do Polski, gdzie istnieje spuścizna po PRL-owska, przejawiająca się ściąganiem wszystkich na jednakowy poziom, również w sferze płac. Zresztą nie wierzę, że wszyscy nagle okażą się uczciwi i podadzą swoje prawdziwe dochody. PIT tutaj niczego nie załatwi, bo ileż w Polsce mamy bankrutów i przedsiębiorstw z zyskiem „ujemnym”...
Przypomina mi się stary dowcip o piekle i Polakach. Zwiedzający piekło są zdziwieni, że prawie we wszystkich pokojach diabły pilnują, żeby nikt nie uciekł z kotła z wrzącą smołą, a tylko w jednym nie ma żadnego strażnika. Diabeł tłumaczy: to kocioł z Polakami, oni sami pilnują, żeby nikt się za bardzo nie wynurzał, i kiedy trzeba ściągają go na dół. Zarobki? Ujawnić, bo każdemu te przysłowiowe dwa tysiące się należą, tylko żeby nie więcej. No chyba, że rzecz dotyczy szefa związku zawodowego.
Marek Palczewski
29 sierpnia 2013
