Mija 10 lat od ukazania się pierwszego numeru „Faktu”. W rankingach jest to najlepiej sprzedający się dziennik w Polsce. W salonach prasowych leży obok innych tytułów. A jednak to, czym zajmują się piszący tu autorzy trudno nazwać dziennikarstwem.

Popularność tabloidu bierze się z barwnych opowieści o wielorybach płynących Wisłą i z zabaw w wietrzenie na balkonach biustów. Ale nie tylko. Także z tego, że głośno artykułuje się tu rzeczy, o których mało kto odważy się mówić nawet szeptem. Żółć, zazwyczaj głęboko przez bliźnich skrywaną, „Fakt” wylewa na pierwszą stronę. I pokazuje to, czego oficjalnie nie chcemy oglądać, mówi o tym, czego (ponoć) nie chcemy słuchać. Jest bezwstydny i bynajmniej się z tego powodu nie rumieni.

Od lat trwa spór, czy w ten sposób tabloidy ożywiają debatę publiczną, stanowiąc swoistą przeciwwagę dla poprawności politycznej, czy też huśtają społecznymi nastrojami, budzą demony, karmią najniższe instynkty. Odpowiedź zależy od konkretnego tytułu, a także od kraju, bo inne są tabloidowe obyczaje w Anglii czy Niemczech, a inne w Polsce. Na szczęście.

„Fakt” do „News of the World” ma się mniej więcej tak, jak erotyczny dodatek „Super Expressu” do „Hustlera”. Podczas gdy „News of the Word” włamywał się do prywatnych telefonów komórkowych, nasze tabloidy opowiadały o panu Józku, który na skutek zderzenia z latarnią widzi wszystkie kobiety nago. Co więcej, z latami nasze brukowce raczej łagodnieją, upodabniając się do innych gazet (a te z kolei do tabloidów). Przez tę dekadę mogliśmy więc obserwować zjawisko swoistej konwergencji polskiej prasy. Pogłoski o tym, że „Fakt” łagodnieje po to, by zrobić na rynku miejsce na naprawdę krwisty tytuł na razie się nie sprawdzają. I bardzo dobrze.

Dobrze też, że 10 rocznicę dominacji obchodzimy inaczej niż piątą. Wtedy w „Dzienniku” (należącym do tej samej rodziny Axel Springer) subtelni intelektualiści, modni językoznawcy, o politykach nie wspominając, licytowali się w zachwytach nad przemianą, jaka dokonała się dzięki „Faktowi” w publicznej debacie. Odtrąbiono z tej okazji ostateczny kres cenzury i koniec hipokryzji, chwalono szczerość i odwagę w przekraczaniu kolejnych tabu, rozpływano się nad soczystością języka. Zaś co do jadu sączącego się z łamów, całkiem poważnie stawiano tezę, że pojawienie się „Faktu” uchroniło nas przez ulicznymi zamieszkami, takimi choćby jak w Budapeszcie rządzonym przez socjalistów.

Podobne komentarze towarzyszyły pojawieniu się w telewizji formatów typu „Idol”, „Agent” czy „Oko za oko”. Pouczano nas, że musimy wreszcie się otworzyć, bo nie potrafimy publicznie prać swoich brudów. Że nie dogonimy świata, jeśli nie pozbędziemy się fałszywego wstydu, nie porzucimy konwenansów i nie nauczymy asertywności. Pod tym eufemizmem kryła się zachętą do publicznego obrażania. Wystarczyło kilka lat intensywnej edukacji i kreowania „właściwych” wzorców, by lody puściły. I zgodnie z prawami fizyki zalała nas fala chamstwa.

 „Fakt” niech będzie dalej „Faktem”. Niech ma swoich fanów i czytelników, jak tabloidy na całym świecie. Ale inne tytuły niech się od niego różnią. Pięknie.

Piotr Legutko

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl