Jeszcze dźwięczy powszechny jazgot związany z Marszem Niepodległości, który w naszych mediach zastępuje jego opis i ocenę. Jak co roku wciąż pełno kłótni i przepychanek, kto kogo zaatakował pierwszy, a kto się tylko bronił. I nie fakty decydują o tym, kogo się usprawiedliwia, a kogo potępia, ale światopogląd i stosunek do władzy/opozycji. Widać to jeszcze wyraźniej w sieci, gdzie nie obowiązują żadne hamulce. Subtelnym damom strumień świadomości wylewa się za pomocą ciągu bluzgów, a nobliwi akademicy schodzą na poziom rynsztoka (Przepraszam, to się w głównych mediach także zdarza). Pewnie długo jeszcze będzie ten jazgot trwał, bo jakże łatwo przy tej okazji manipulować opinią publiczną, tworząc nowe definicje faszyzmu i imputując, że to nielubiani politycy są za jego nadejście odpowiedzialni.

Przy tej okazji rodzi się pytanie, dlaczego organizatorami najważniejszej uroczystości święta Niepodległości w Polsce zostali chłopcy z ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej? Dlaczego przez dwadzieścia lat żadna instytucja państwowa nie wpadła na pomysł, żeby zorganizować oprawę stosowną do rangi tego święta? Jak było to potrzebne widać po składzie wielotysięcznego tłumu biorącego co roku udział w marszu, nie skinheadów, kiboli i skrajnych narodowców, bo ci to mniejszość. Większość, myślę 80-90% uczestników to „normalni” ludzie – rodziny z dziećmi, młodzież, starsi – niekoniecznie identyfikujący się ze skrajną prawicą, może nawet w ogóle nie identyfikujący się z prawicą. Przez dwadzieścia lat nikt nie podjął się wysiłku skutecznego dotarcia do Polaków z propozycją godnego i atrakcyjnego uczczenia 11 listopada. Idea leżała na ziemi i wystarczyło się po nią schylić. Schyliła się młodzież narodowa i zdobyła monopol.

 

Mnie w Święto Niepodległości myśli biegną do Białegostoku i o nim bym chciał, a nie o marszach, burdach i indolencji policji. Zwykle 11 listopada przywołuje wspomnienie tego, czym była Polska zwana II Rzeczpospolitą. Co udało się naszym przodkom zbudować w tym krótkim antrakcie pomiędzy dwiema symbolicznymi datami  11 listopada 1918 roku i 1 września 1939. A udało się mnóstwo i jest to imponujące. W krótkim czasie zintegrowano w jeden organizm państwowy trzy różne systemy prawne i finansowe, trzy odrębne infrastruktury i trzy różne modele kulturowe, w jakich żyli Polacy przez ponad setkę lat. Stworzono jedno państwo, po 1926 roku działające całkiem sprawnie, z dynamicznie rozwijającą się nauką i gospodarką. Gdynia i Centralny Okręg Przemysłowy to dwa podręcznikowe przykłady tego rozwoju. Potrafiono budować nowoczesne pociągi i samoloty, a naukowcy byli w stanie rozwiązywać najtrudniejsze problemy z tajemnicą szyfrowania Enigmy włącznie.

Czy ówcześni Polacy byli obdarzeni szczególnym geniuszem? Czy nasze pokolenie jest dotknięte szczególną niemocą? Czym się różniła II Rzeczpospolita od III? Wtedy potrafiono skonstruować samolot od zera, a teraz za szczyt sukcesu traktuje się jego kupienie. Polska Lukstorpeda była jednym z najnowocześniejszych (i najszybszych) lokomotyw ówczesnej Europy, a teraz Minister Transportu chwali się tym, że umiał wydać miliardy na włoski pociąg. Feta z okazji przylotu Dreamlinera czy świętowanie wciągnięcia do Polski Pendolino jest miarą różnicy pomiędzy dwoma państwami: II Rzeczpospolitą i Polską po 1989 roku. Czy nasi przodkowie byli jakoś zasadniczo różni od nas? Nie, ale państwo, w którym żyli oni od tego, w którym żyjemy my różniło się na pewno. I to warto podkreślać 11 listopada.

Piłsudski miał powtarzać, że Polska jest jak obwarzanek – to co najcenniejsze znajduje się na obrzeżach. Obrzeżami był polski Śląsk i Wielkopolska, Kraków i Gdynia, ale także Wilno i Lwów - najbliższe jego sercu. To co Piłsudski tak cenił w tych miejscach to ich duch, a precyzyjnie duch ich mieszkańców - energia, przedsiębiorczość, poleganie na sobie, mądrość, zdolności organizacyjne, wiara i wiara w wartość tradycji. To dzięki nim rozkwitało Wilno niezależnie od trudności i przeszkód, jakich dostarczała historia. To dzięki nim piękniał i bogacił się Lwów.

Od wielu lat jestem towarzysko związany z Białymstokiem i okolicami. Na początku lat osiemdziesiątych trafiłem tam po raz pierwszy i pamiętam szok młodego człowieka z Warmii z jej pruskim dziedzictwem (i pruskim murem), który po raz pierwszy widzi drewniane chałupki w centrum dużego miasta i furmanki stojące na światłach. Ale pamiętam też szczególną atmosferę Białegostoku i wyjątkowość jego mieszkańców. Byłem wtedy młodocianą gwiazdą sportu, więc i traktowany byłem w sposób szczególny, ale nie to było najważniejsze, ważniejsza była – mimo przygnębiających okoliczności – emanująca zewsząd energia.

Przez ostatnie cztery lata w Białymstoku bywałem często i regularnie. Za każdym razem ze zdumieniem i radością odkrywając buzującą w nim energię. Wystarczyło wyjść na spacer po pięknym parku pałacu Branickich, albo na – niezbyt przecież okazałe – „stare miasto”, żeby w tłumie rozbawionej młodzieży poczuć pulsowanie życiodajnej energii. Tak jakby Białostocczanie żyli innymi sprawami niż te, które zapełniają szpalty warszawskich gazet. I dlatego Białystok się zmienia. Dzięki energii, przedsiębiorczości, poleganiu na sobie, mądrości, zdolnościom organizacyjnym, wierze i wierze w wartość tradycji jego mieszkańców Białystok z każdym rokiem pięknieje. Niezależnie od przeszkód i trudności, jakich wciąż dostarcza historia. Tak wyobrażam sobie przedwojennych mieszkańców Wilna czy Lwowa. I o tym myślę przy okazji Święta Niepodległości, przypominając sobie osiągnięcia Polski przedwojennej. Jakby duch polskości wygnany z Wilna nie chciał dotrzeć do środka obwarzanka, ale wolał zatrzymać się na jego obrzeżu. W Białymstoku.

Zbigniew Rytel

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl