Jacek Kurski wygrał w sądzie z dziennikiem „Fakt”. Według nieprawomocnego wyroku gazeta ma go przeprosić za sugerowanie, że ma pozamałżeński romans, bo zdaniem sądu sugestia ta nie została oparta na faktach. Sąd w tej sprawie ma wiedzę, której ja nie mam, więc z wyrokiem nie polemizuję, ale trudno mi się zgodzić z częścią uzasadnienia tego wyroku.
"Przyjmując stanowisko pozwanego należałoby uznać, że w przypadku wszystkich polityków jako osób publicznych, którzy wyznają wartości chrześcijańskie, można publikować wszystkie informacje na temat ich życia intymnego, o ile tylko są sprzeczne z głoszonymi przez nich publicznie poglądami. Z tym sąd się nie zgadza" – uzasadniał sędzia Krzysztof Solecki. (Cytat za wirtualnemedia.pl.) Otóż uważam, że jeśli zachowanie polityka – każdego, a nie tylko tego wyznającego wartości chrześcijańskie - jest sprzeczne z głoszonymi publicznie poglądami, to media wręcz powinny o tym informować. Obywatele nie tylko mają prawo, ale wręcz potrzebują wiedzy o tym, czy polityk jest tym za kogo chce uchodzić i czy sam przestrzega zasad, do przestrzegania których chce i nas zobowiązać jako parlamentarzysta, a więc prawodawca.
Przed oskarżeniem o hipokryzję polityka powinien bronić jej brak, a nie przepisy o ochronie prywatności. Upierałbym się przy tym, bo inaczej dojdzie do tego, że i poselska niewiedza (np. patrz rzecznik SLD umieszczający Powstanie Warszawskie 40 lat później) też będzie prawnie chroniona przed upublicznieniem. Inna sprawa, że różne kompromitacje okazują się nie być dostatecznie kompromitujące. Były premier konserwatywnego rządu Kazimierz Marcinkiewicz po porzuceniu żony nie zniknął z życia publicznego, a Dariusz Joński nie przestał być rzecznikiem SLD po teście swojej niewiedzy historycznej. Tak samo rzecznikiem konserwatywno-katolickiej partii nie przestał być Adam Hofman po tym jak na partyjnym bankieciku ogłosił gotowość do prezentacji narzędzi swojej męskości. Wydaje się, że czasami nie ma takiej kompromitacji, która nie spłynęłaby bez śladu po skompromitowanym, jego partii, mediach i wyborcach.
Skoro jesteśmy przy wyczuleniu na kwestie kompetencji i etyki to bardzo się cieszę, że w wyścigu o nominację do Hieny Roku wygrała Ewa Bąkowska. To „piękny” przykład złamania standardów dziennikarskich, a zasad etyki nie tylko dziennikarskiej. Niestety wątpię, żeby nagrodzona cokolwiek z uzasadnienia zrozumiała skoro nominację uznała za próbę „uzasadnienia nagrody dla Dziennikarza roku z GW”! (Prawdopodobnie chodzi o nagrodę Grand Press dla Mariusza Szczygła.)
Na koniec jak zwykle coś z zupełnie innej beczki, ale jak się okazuje też z etyką w tle. Zarząd TVP ponownie ogłosił przetarg na outsourcing pracowników. Przypomnę, że zarząd chce by 500 etatowych pracowników TVP przejęła firma zewnętrzna, po to by „przejęci” dalej świadczyli pracę na rzecz TVP. Co to ma wspólnego z etyką? A to, że niedawno komisja etyki TVP nie mogła ukarać Tomasza Lisa za udział w reklamie (dokładnie lokowaniu produktu), bo nie jest on pracownikiem TVP i jako taki nie jest zobowiązany do przestrzegania jej kodeksu etyki. Jeśli plany zarządu telewizji publicznej zostaną zrealizowane, to ilość (nie)pracowników niezobowiązanych do przestrzegania kodeksu znacznie wzrośnie.
