To był prawdziwy piłkarski hit. Oczywiście zakodowany. Jak wielu internautów z zainteresowaniem odniosłem się więc do oferty nieznanego mi bliżej portalu: „u nas mecz na żywo, bez opłat”. Wraz z pierwszym gwizdkiem kliknąłem na wskazany link i zobaczyłem… dwóch komentatorów, żywo dyskutujących o tym, co właśnie widzą na ekranie. Oni mecz faktycznie oglądali, jako żywo – na żywo. Ja nie bardzo miałem ochotę oglądać komentatorów, wolałbym zobaczyć to, co komentują... ale nie było mi dane.
Nie chodziło o żart, ktoś chciał po prostu zagospodarować falę popytu dalece przewyższającego podaż. I wymyślił takie sportowe radio ze sprawozdawcami w lufciku. Nie wiem, ilu kibiców skorzystało z ich usług – ja nie. Ale ujęła mnie symboliczna wymowa tej scenki. Pomyślałem: tak właśnie wyglądają współczesne media.
Paradoksalnie. Bo przecież jesteśmy nieomal pewni, że dostęp do informacji jest dziś nieograniczony. Ale też nigdy nie była ona równie skutecznie blokowana, zagłuszana lub kodowana. I to w biały dzień, w majestacie prawa, pod osłoną paragrafów i ustaw. Kto próbował się przedzierać przez te szańce, w celu dotarcia do interesujących go danych – ten wie o czym mowa. Sposobów by uniemożliwić normalną komunikację w czasach absolutnej wolności jest moc. I to po obu stronach, zarówno odbiorcy, jak nadawcy. Można nawet zakazać płatnej reklamy, jak ma to właśnie miejsce w przypadku legalnie działających podmiotów, dysponujących ogromnymi budżetami, czyli OFE.
Blokowanie to jedno, zagłuszanie – drugie. Nieprzypadkowo to, czym jesteśmy zewsząd atakowani mierzy się dziś w „jednostkach szumu medialnego”. W zgiełku i wrzawie dotyczącej zazwyczaj kwestii błahych giną informacje ważne. Bez konsekwencji, bo czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
A nawet jeśli ta istotna wiadomość gdzieś się jednak pojawi, przechodzi niezauważona, jakby faktycznie została zakodowana. Może to wynikać ze swoistego otępienia odbiorców szumem medialnym, ale może i z pokrętnego podania informacji, czym coraz częściej zajmują się wyspecjalizowane firmy, zatrudniające wielu naszych kolegów, byłych dziennikarzy śledczych. Dokładnie tych samych, którzy tak bardzo by się dziś przydali do rozkodowania, przetłumaczenia, zdemaskowania…
I tu wracamy do komentatorów. Tych akurat wciąż przybywa, bo przecież jest Twitter, facebook, są blogi, fora. Wiecznie zielone łąki na których żerują całe plutony, kompanie, armie komentatorów, doskonale zorientowanych, wszystkowiedzących, absolutnie pewnych siebie. Tam właśnie stanęły na popas zarówno ostatnie niedobitki zdeklasowanych dziennikarzy, jak i stada adeptów, młodych wilków, które już wiedzą lepiej. Nie korzystają więc ze zbędnych formuł w rodzaju „moim zdaniem”, albo „prawdopodobnie” czy „nie wykluczone, że…”. Czytelnik dostaje od nich komentarz jasny i prosty, bez niedomówień.
Jakże to upaja, ileż daje satysfakcji. I jak trudno się od tej władzy sądzenia oderwać. A roboty jest przy tym tyle… że na zdobywanie informacji, czytanie, szperanie, drążenie, po prostu brakuje czasu. Zapieprz taki, że nie ma kiedy taczek załadować.
Zresztą i tak wszystko jasne.
Piotr Legutko
