Jagna Marczułajtis-Walczak, znana niegdyś snowbordzistka, a dziś posłanka PO, już nie kieruje Komitetem Konkursowym ZIO Kraków 2022. Wszyscy w Polsce wiedzą, że przysłużyła się do tego dziennikarska prowokacja wobec jej męża, który na własną rękę próbował pozyskać życzliwość mediów wobec projektu, którego media jakoś pokochać dotąd nie chciały. Czyli co, IV władza górą? I tak, i nie.

Najpierw – „tak”. Dziennikarze od kilku miesięcy wysyłali do polityków mocne sygnały, że numer „na igrzyska” nie przejdzie. Ludzie zajmujący się wnioskiem Krakowa do MKOl grzeszyli pychą, rozrzutnością i arogancją. Pisały o tym gazety, tygodniki, portale. Praktycznie wszystkie, bez względu na tożsamość. Stare porzekadło głosi: jeśli trzech ludzi mówi ci, że jesteś pijany, nie kłóć się, idź spać. Ekipa pani Jagny wolała inne przysłowie: „psy szczekają, karawana jedzie dalej”. A że bak był pełen kasy, długo jechała nie oglądając się na sygnały ostrzegawcze. Wreszcie dotarło do polityków, że na skutek całej serii kompromitacji znaleźli się w społecznej próżni, co w przypadku takiego projektu oznacza nieuniknioną katastrofę. Do ustalenia było tylko jak się ona dokona i kiedy.

Prowokacja portalu lovekrakow.pl była niczym niedopałek rzucony na całkowicie wysuszoną ściółkę. Dym poszedł na całą Polskę, co nie zmienia faktu, że ściółka zapaliłaby się i tak. Wystarczyła iskra, szkiełko, nie mówiąc o petardzie. Media w kompromitacji Komitetu Konkursowego ZIO Kraków 2022 odegrały rolę kluczową. Zgodnie ze swoją misją. Ale nie tylko podczas tej jednej akcji. Medal należy się za całokształt i wszystkim dziennikarzom, nie tylko krakowskim.

Co jest więc w tej sprawie na „nie”? Wszystko, co wykracza poza sprawę olimpiady, a dotyczy relacji dziennikarzy z lokalną władzą. Umówmy się – nie była to akcja na miarę Watergate (wystarczy poczytać „teksty źródłowe”, a nie to, co z nich zrobili potem dziennikarze newsowi). Nawet jeśli niesprawiedliwe są głosy, że dziennikarze portalu lovekrakow.pl uczestniczyli w rozgrywce wewnątrz jednego środowiska politycznego, to zostali w niej niewątpliwie wykorzystani. Przy okazji nie tyle rozjaśniając, co zaciemniając problem „władza – media” na poziomie pozawarszawskim.

Otóż polega on na tym, że dziennikarzy nie trzeba kupować za umowy - 15 tys. na głowę miesięcznie, bo za tę kwotę można zamówić w regionalnej telewizji cały, porządny program zrealizowany profesjonalnie, według schematu klasycznej informacji lub publicystyki. Mało kto się połapie, że to zwyczajny piar. Nikt nie nazwie tego korupcją.

Patologią nie jest to, że mąż szefowej komitetu chce podrzucać dziennikarzom materiały o korzyściach z igrzysk, ale to, że większość ramówki publicznej stacji telewizyjnej (prywatnych na tym poziomie nie ma), składa się z takiej właśnie propagandy udającej niezależną informację. Prawdziwym dramatem jest upadek regionalnej prasy, mającej coraz mniejszy wpływ na opinię lokalnych społeczności. Niebezpieczeństwem jest to, że jedyną grupą zainteresowaną otwieraniem nowych tytułów lub odpalaniem portali są politycy i to jedynie w roku wyborczym.

Dotychczasowy sposób działania ekipy pani poseł Marczułajtis, prezydenta Majchrowskiego i marszałka Sowy był testem na to, czy można w Polsce robić duży interes całkowicie ignorując opinię publiczną – czyli media. Tym razem (jeszcze) się nie udało.

Piotr Legutko

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl