W okolicy kolejnej rocznicy katastrofy rządowego Tupolewa, w której zginał polski prezydent nie sposób nie poruszyć coraz bardziej dręczącego mnie tematu jakim jest „sekta antysmoleńska”. Nie „lud moherowy”- niezamożnych gorzej wykształconych z małych miasteczek (w którym zadziwiająco dużo jest warszawiaków dziada pradziada legitymujących się dyplomem). Zresztą powiedzmy uczciwie, nie zamierzam zaglądać kto do jakiej sekty się poczuwa (choć jeśli zima się utrzyma do lipca lemingi będą miały poważne trudności z ulubionym grillowaniem) - interesują mnie głównie koncelebransi trwającego spektaklu. Dziennikarze.

 

I znów żeby było jasne. Nie dzielę ludzi na tych którzy wierzą w zamach czy przeciwnie w „pancerną brzozę”. Raczej na tych, którzy wierni i są istocie swego zawodu wykazują krytycyzm dociekliwość, patrzą na ręce władzy, stawiają trudne pytania i nie kontentują się byle wykrętem. I innych.

Chora wydaje mi się sytuacja, kiedy znaczna część środowiska przyjmuje coś na wiarę (w dodatku ślepą), tym głębsza - im więcej przesłanek tę wiarę podważa. Osobiście nie wiem do końca co zdarzyło się nad lotniskiem Sieiwernym, ale z grubsza wiem co się zdarzyło. Zwłaszcza potem. Na pewno nie było żadnego, powtarzam żadnego polsko-rosyjskiego śledztwa, żadnych sekcji, przekopywania ziemi, badania wraku lub choćby zmierzenia nieszczęsnej brzozy. Zrobili to (lub nie zrobili) Rosjanie. Nasza prokuratura niemrawo zabrała się do rzeczy po dwóch i pół latach... Media mainsteramu wspominają o tym nieśmiało, półgębkiem, nie zwracając uwagi że w serze nazywanej raportem Annodiny-Millera już jest więcej dziur niż sera. Śmierdzącego zresztą.

Gołym okiem widać, że teza co się zdarzyło – „wypadek, wina pilotów, naciski prezydenta itp.” została sformułowana zanim jeszcze dopaliły się resztki wraku, a potem trwało tylko coraz bardziej desperackie dopasowywanie faktów do założenia. A im bardziej te fakty nie pasowały. Tym gorzej dla faktów. W dodatku próbowano dokonać rzeczy niemożliwe – wykluczyć obie nasuwające się interpretacje – zamach lub suma zaniechań, złej woli a może i czegoś więcej. W obu wypadku padłoby bowiem pytanie o winnych. A tak winni zginęli.

Jednak wracam do kwestii dla mnie podstawowej do roli dziennikarzy. Bez zaangażowania mediów trwający stan paranoi nie byłby możliwy. Oficjalne wersje rozpadłby się w krzyżowym ogniu pytań. A tymczasem osiągnięto stan idealny z PRL-u - żurnaliści stali pasem transmisyjnym stanowiska rządu i partii do mas. Rozumiem strach, rozumiem konformizm. Nie rozumiem nadgorliwości i braku wyobraźni. Przecież prędzej czy później przyjdzie wam drodzy koledzy, za te dzisiejszą postawę zapłacić.

Marcin Wolski

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl