Zaczęło się jak u Hitchcocka. Trzęsienie ziemi, a potem nieprzerwany wzrost napięcia. Skończyło się… Jeszcze się nie skończyło, ale zaczęło być jak u Barei. Absurdalnie.
W poniedziałek „Wprost” opublikował podsłuchy z restauracji Sowa & Przyjaciele. Podsłuch brzmi mało wytwornie, więc wszyscy nazywają to taśmami. Na taśmach już nikt nie nagrywa, ale brzmi to jakoś bardziej nobliwie, a zatem elegancko, no i ładnie pasuje do słowa afera. Tak powstała nazwa własna: „afera taśmowa”.
Słowo „taśmy” jest kluczowe, bo właściwie nic poza zawartością owych taśm w poniedziałkowym „Wproście” się nie ukazało. W Polsce najsłynniejsze śledztwa dziennikarskie przybierają dziwne formy. Po nagraniu Rywina przez Michnika śledztwo „Gazety Wyborczej” trwało kilka miesięcy i do tej pory nikomu nie udało się ustalić ani jednej dziennikarskiej czynności śledczej wykonanej podczas tego dochodzenia. Z kolei śledztwo „Wprost” trwało… 48 godzin. Jego wynikiem, jak na razie, jest publikacja zawartości taśm, których wcale nie trzeba było śledzić, bo tajemniczy nagrywający sami dostarczyli je do redakcji korzystając podobno z pośrednictwa tzw. „chmurki”. Powinniśmy więc mówić o „aferze chmurkowej”, ale to brzmi jak robienie sobie jaj, a przecież podsłuchiwani rozmówcy spożywali nie jaja, ale wyszukane ośmiorniczki i swojską wódeczkę. Nota bene zapis odgłosów spożywania ośmiorniczek pod wódeczkę sprzedał się jak świeże bułeczki i już we wtorek wprostowego audiobooku zabrakło w większości kiosków.
Po wtorkowej przewie na popcorn akcja nabrała tempa. W środowy wieczór same taśmy stały się już mało ważne i musiały ustąpić laptopowi redaktora Latkowskiego. W redakcji „Wprost” trupa teatralna Prokuratura + ABW oraz trupa Teatru Wprostacy wystawiły wspólnie przedstawienie improwizowane w stylu commedii dell’arte. Widownię stanowiło pospolite ruszenie Samoobrony Dziennikarskiej, a całe to przedstawienie było w czasie rzeczywistym transmitowane prze kanały informacyjne, które na co dzień teatrem telewizji się nie zajmują, nawet jeśli jest to Teatr Faktu.
Wydawałoby się, że redakcja powinna się spodziewać rzeczy tak oczywistej jak przybycia służb czy prokuratury i to nawet wcześniej niż w środę, ale jak mogliśmy zobaczyć na ekranach tv nie spodziewała się. Tak wiec gdy zaczęło się przedstawienie redaktor Latkowski odwalił popisówkę (tylko bez skojarzeń) niczym Fronczewski w „Paradach” Potockiego. (Była taka premiera w Teatrze TV.) Prokuratura też przyszła bez scenariusza i odwaliła moralitet wykazujący, że stawianie siły przed rozumem kończy się kontrproduktywnie. Całość jeżdżącego po bandzie przedstawienia widownia nagrodziła tak gromkimi okrzykami na stojąco, że trupa ABW w obawie o własne zdrowie pośpiesznie opuściła scenę porzucając rekwizyty.
W czwartek rano na konferencji prasowej premiera dziennikarze GPC i TV Republika dali popis dziennikarstwa wcieleniowego. Wcielili się w polityków opozycji i tak jak ona bezskutecznie, acz z tupetem wezwali premiera do podania się do dymisji. Ponieważ premier nie spełnił oczekiwań wcielających się prawicowych dziennikarzy, mainstreamowa Monika Olejnik w akcie zawodowej solidarności wykonała „Małą Improwizacje” zakończoną deklaracją braku sympatii do szefa rządu wygłoszona no… nie w imieniu całego Narodu, ale w imieniu całego dziennikarskiego środowiska. W odpowiedzi na to Donald Tusk doskonale wpisując się w nową konwencję konferencji prasowych zaprezentował krótka acz perfekcyjną etiudę aktorską pt.: „Oniemiały premier”. Brawurowa improwizacja Olejnik zebrała na Twitterze entuzjastyczne recenzje. Zobaczyć jak prawicowi dziennikarze chwalą gwiazdę TVN do niedawna określaną pogardliwie jako „Stokrotka” – bezcenne!
I tak w momencie gdy wydawało się, że już nic nas nie może zaskoczyć, na nieoczekiwany zwrot akcji zdecydował się „Wprost”. Bynajmniej nie wywoływany do tablicy wydawca „Wprost” Michał M. Lisiecki wtargnął na scenę i… ujawnił, że źródłem informacji tygodnika jest biznesmen. Widowni mającej już obrzmiałe od oklasków ręce pozostał tylko opad szczęki.
Tymczasem w cieniu warszawskiej wojny w obronie tajemnicy dziennikarskiej czyli wolności słowa dyrekcja poznańskiego Malta Festiwal wydała oświadczenie, że w obawie o bezpieczeństwo aktorów odwołuje prezentację przedstawienia Golgota Picnic. Decyzja jest wynikiem głośnych protestów ortodoksyjnych środowisk katolickich, które uznały, że spektakl, którego nikt z nich nie widział jest bluźnierczy i obraża uczucia religijne. Protestujący otrzymali też wsparcie ze strony prezydenta miasta. Tak oto gdy na froncie centralnym środowisko dziennikarskie bohatersko obroniło przed zakusami władzy nieomal straconą palcówkę wolnego słowa o kryptonimie „Wprost”, na froncie zachodnim pod wpływem nacisków doszło do prewencyjnej autocenzury teatralnego festiwalu. Żeby było ciekawiej część mediów tak broniących wolności słowa w Warszawie uznała przypadek poznański za… kolejny sukces. Fronda.pl zakończyła doniesienie stwierdzeniem: „Cieszymy się i niech z Bożą pomocą będzie tak zawsze”.
Kurtyna.
Oklaski?
