Rząd ma zaufanie większości posłów. Politycy, którzy tę większość tworzą, nie uważają, by obecny kryzys wymagał skrócenia kadencji Sejmu. Tusk locuta, causa finita. To są fakty, a fakty można co najwyżej odnotować. By potem pięknie różnić się w ocenie, co z nich wynika i jakie są tego przyczyny. Im dalej od publikacji pierwszych nagrań przez „Wprost”, tym bardziej owe oceny publicystów wpisują się w generalną ocenę sytuacji w Polsce: wczoraj, dziś i jutro. Warto jednak, zanim sprawę podsłuchów wypali wakacyjne słońce, zrobić mały remanent. Ustalić pewien katalog wspólny, dotyczących całego zamieszania, sformułować punkty, co do których chyba wszyscy się zgadzamy. Bo wbrew pozorom jest ich kilka. Umówmy się, że na przykład siedem:

  1. Obowiązkiem dziennikarza – w tej, jak i w każdej innej sprawie - jest poszukiwanie i ujawnianie prawdy, a nie ochrona interesów jakiejkolwiek partii, nawet (zwłaszcza) rządzącej.
  2. Troską mediów w trakcie relacjonowania kryzysów politycznych powinien być stan państwa i zakres wolności obywatelskich, a powinnością dziennikarzy – przede wszystkim - kontrola przestrzegania przez władze standardów demokratycznych.
  3. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla akcji prokuratorów i służb w redakcji „Wprost”. Redakcja (każda redakcja) TO JEST sanktuarium... demokracji. Żadne paragrafy KPK nie są ważniejsze od Konstytucji RP i międzynarodowych konwencji.
  4. Osoby pełniące ważne funkcje państwowe mają mniejsze prawo do prywatności niż zwyczajni obywatele. Mają też obowiązek trzymania się jasnych i powszechnie znanych zasad prowadzenia rozmów dotyczących istotnych spraw dla funkcjonowania państwa.
  5. Przyczyną kryzysu z jakim mamy do czynienie jest to, co (i gdzie) mówili między sobą ministrowie rządu RP oraz prezes NBP, a nie fakt ujawnienia nagrań z tych rozmów.
  6. Ich treść dotyczyła spraw istotnych z perspektywy obywateli, odsłaniała patologiczne kulisy funkcjonowania państwa, a w wielu fragmentach może wręcz stanowić powód wszczęcia postępowania prokuratorskiego.
  7. O tym, gdzie, w jakich tytułach prasowych i na jakich antenach zamieszczane są reklamy spółek skarbu państwa oraz ogłoszenia instytucji publicznych powinny decydować wyłącznie koszty dotarcia do odbiorcy i zasięg danego medium. W żadnym razie nie może to być ukryty sposób wspierania konkretnych redakcji.

Jeśli faktycznie – jako dziennikarze – zgadzamy się z powyższymi założeniami, to pojawia się okazja do znalezienia w tej, nie byle jakiej przecież, sprawie wspólnego języka. To już byłoby bardzo dużo. Bo jeśli odwołujemy się do jednego katalogu zasad, to znacznie łatwiej się w szczegółowych kwestiach zarówno zgadzać, jak i spierać. Skoro wspólnie uznajemy jakąś normę, to i naszym odbiorcom prościej stwierdzić, kto ma rację lub jej nie ma. Jeśli natomiast owe siedem punktów dla kogoś nie stanowią żadnej normy, niech to powie lub napisze otwarcie. Najlepiej formułując inne zasady, którymi sam się w swojej pracy dziennikarskiej kieruje. Żebyśmy wiedzieli czego się trzymać – tak na przyszłość.

Piotr Legutko.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl