Udawać głupiego, aby ogłupiać czytelników, jest to wprawdzie dla kochającego swój kraj dziennikarza zadanie chwalebne i zwłaszcza pożyteczne”. Ta bulwersująca opinia o przedstawicielu (anonimowym) naszego zawodu została zapisana… sto dziesięć lat temu i to przez nie byle kogo, bo Wacława Nałkowskiego, wybitnego geografa o europejskiej sławie, ojca Zofii Nałkowskiej. Wydrukowana zaś w słynnym pamflecie wydanym sumptem autora, pod, owszem, ciekawym tytułem „Sienkiewicziana”. Bohaterem i celem zarazem owych diatryb jest oczywiście Henryk Sienkiewicz, tuż przed Noblem.

O nie, „Sienkiewicziana” to nie zwykła ramota, godna jedynie wzgardy. Czyta się te paszkwile, jakby wyrastały z doświadczeń dni naszych; jakby ironicznie opisywały „misje” pracowników pióra, kamery i mikrofonu, na przykład „Gazety Wyborczej”, „Polityki” czy niektórych programów telewizji publicznej; jakby owym dziennikarzem „udającym głupiego” dla „ogłupiania czytelników” mieliby być Michnik, Żakowski, Baczyński, Tomas Lis, Kuźniar… To w takim razie należałoby podziwiać ojca Zofii Nałkowskiej, że myślą przekroczył ponad stulecie. Wyprzedził swój czas posługując się sprawnie tzw. mową nienawiści. Był przecież heroldem postępu, dziś namaszczonego „świętością” poprawności polityczno-cywilizacyjnej. A kogo mógł wtedy nienawidzić? Naturalnie, wsteczników, zacofańców, konserwatystów, rozczytujących się w Sienkiewiczu. To wedle Nałkowskiego był największy szkodnik polskiego społeczeństwa. O „Rodzinie Połanieckich”, powieści trzeba przyznać nie najwyższych literackich lotów, Nałkowski napisał z nienawistną emfazą, że to „idealizowanie filisterii i reakcyjnej zgnilizny”.

Pyszne słowa. A dalsze wyrazy to już w czystej postaci słownictwo największego i najsławniejszego językowego destruktora III Rzeczpospolitej – też profesora, jak Nałkowski - Stefana Niesiołowskiego. Ojciec słynnej pisarki napisał, że pisarstwo sienkiewiczowskie „rozlewa truciznę w żyły społeczeństwa, które zaczęło się budzić z tradycyjnej drzemki”. Jeśli w miejsce podmiotu (pisarstwo sienkiewiczowskie) wstawić Prawo i Sprawiedliwość: - to otrzymamy w całej krasie i okazałości kwiecistość języka obecnego posła i ekswicemarszałka Sejmu Polski tuskowej.

Zważmy dalej, gdybyśmy w poniższym cytacie zamiast „po stronie”, jak w oryginale napisali „przeciw”, bylibyśmy otrzymali trafną diagnozę dzisiejszej immoralności publicznej. A więc nie „po stronie Sienkiewicza”, a przeciw niemu „staje wszystko, co posiada władzę i pieniądze, co się tuczy ludzką krzywdą i ciemnotą; co usiłuje zatrzymać rozwój ludzkości…” Patetyczne, ale zawsze prawdziwe.

Bo w rzeczy samej nie ma ani właściwie działającego państwa, ani społeczeństwa bez wartości duchowych. Na owo moralne uwarunkowanie wszelkich organizacji państwowych zwróciła niedawno uwagę nasza koleżanka, Elżbieta Królikowska-Avis w artykule „Najpierw wartości, głupcy” („Rzeczpospolita” 18 sierpnia). Napisała m.in. „Demokracja działa jak dobrze naoliwiony mechanizm, kiedy spełnione są trzy warunki: życie publiczne oparte jest na wspólnych dla obywateli i władzy wartościach, istnieją instytucje, które pilnują, żeby nic złego tym wartościom się nie stało, a w społeczeństwie nie ma przyzwolenia na omijanie prawa i lekceważenie dobrych obyczajów. Są nimi uczciwość, odpowiedzialność, poczucie przyzwoitości, brak przyzwolenia na kłamstwa i korupcję, służebność władzy w stosunku do obywateli”. To jakby po wieku riposta słana Wacławowi Nałkowskiemu, przy oczywistym rozumieniu istotnych różnic, tych mianowicie, że gdy Nałkowski pisał ziejące nienawiścią filipiki antysienkiewiczowskie, nie było wprawdzie państwa polskiego, lecz był naród i społeczeństwo polskie. I do nich Sienkiewicz kierował swe moralno-literackie przesłania, które na Nałkowskiego działały toksycznie. Nienawiść do pisarza odbierała mu poczucie przyzwoitości, deformowała rozumienie imponderabiliów narodowych. Odnosił się do nich niczym dzisiejszy Niesiołowski, który Jarosławowi Kaczyńskiemu, wyznającemu i głoszącemu idee podobne do Sienkiewicza, zarzuca… stalinizm, wyrażając tę inkryminację językiem par excellence stalinowskim. Pisałem o tym niedawno na tym portalu.

Chwała Królikowskiej–Avis, że przypomina podstawowe determinanty zdrowego państwa, zdrowej demokracji. Aczkolwiek można by upomnieć się o lepszy tytuł jej wypowiedzi. Ten (powtarzam: „Najpierw wartości, głupcy”) to, jak sama wyznaje w ostatnim akapicie, trawestacja znanego hasła Johna Kennedy’ego. Jednakże, co uchodzi Jankesom, nie zawsze pasuje do obyczajowości nadwiślańskiej. W polskim bowiem odczuciu takie tytułowe wezwanie wydaje się nieco trywialne. Szkoda też, że autorka nie zadbała, ażeby redakcja w notce o niej zaznaczyła, że jest bohaterką niedawno wydanej książki o próbie zniszczenia muzeum Lenina w Poroninie, w której uczestniczyła.

Nasza koleżanka zaczyna swój wywód od odwołania się do „najstarszej demokracji świata”. Owszem, Magna Charta Libertatum była uchwalona przez możnowładztwo angielskie w drugim dziesięcioleciu XIII w. i ograniczała kompetencje królewskie na rzecz jego rady. Tu można by nie bez dumy dorzucić, że nam też należą się palmy pierwszeństwa. Nasza szlachta, nie magnaci, uchwaliła wbrew nim w 1505 r. konstytucję Nihil novi – „nic o nas bez nas...”, jeszcze nie w pełni nowoczesną, bo nieuznającą trójpodziału władzy państwowej. Od końca XV w. sejm zaś był najwyższą władzą Rzeczypospolitej i jemu monarchowie musieli się podporządkowywać. A 28 stycznia 1573 r. staliśmy się jedynym krajem na świecie, gdzie swoboda wszystkich wyznań religijnych była skodyfikowane konstytucją Konfederacji Warszawskiej. Owe, angielskie i nasze, dokonania ustrojowe, stanowią, by tak rzec, elementarz demokracji. I solidność tej podstawy uzależniają właśnie wartości moralne, a więc nazwijmy rzecz po imieniu – chrześcijańskie; ich zaś podwaliną jest miłość wszystkich do wszystkich. Bez niej degenerują się wszelkie państwa i społeczności. Elżbieta Królikowska w swym artykule wyraziście i odważnie przeciwstawia się współczesnej demoralizacji państwowej i społecznej. Tylko kto z rządzących Polską przejmie się jej opiniami? Wielu mądrych publicystów nawołuje polityków do opamiętania, lecz są to zgoła głosy wołających na puszczy. (Może jednak do czasu?...).

Nałkowski był socjalistą i chciał rugować z życia publicznego to, co Królikowska przypisuje demokracjom „działającym jak dobrze naoliwiony mechanizm”. Dzisiaj duża część społeczności zachodniej, w tym dziennikarzy, (o wschodnich lepiej nie wspominać) jest podobna do Nałkowskiego w wyznawaniu wszelakich ideologii lewicowych, szerzących nienawiść do wszystkiego co tradycyjne i religijne, a dla niepoznaki nazywających swe antywartości „ideą” poprawności i wszech tolerancji.

Owa tzw. poprawność polityczna jest z definicji antychrześcijańska, zwłaszcza skrajnie antykatolicka. A w niej panuje, znów sięgam do Nałkowskiego, „wszystko, co posiada władzę i pieniądze, co się tuczy ludzką krzywdą i ciemnotą, co usiłuje wstrzymać rozwój ludzkości”. Aż korci, żeby dopełnić tę myśl paradoksem i napisać: co hamuje rozwój w powracaniu do wartości spostponowanych przez wszystkie lewicowe utopie oraz urojenia. A właśnie o taki rozwój, nazwijmy go skrótowo powrotem do tradycyjnych wartości, odważnie upomina się Elżbieta Królikowska-Avis - na przekór dawnym Nałkowskim, dzisiejszym Tuskom, Niesiołowskim, Żakowskim, Michnikom...

Owo „na przekór” potrzebne jest duszy naszego narodu jak tlen płucom. Inaczej znów stracimy państwo.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl