Smutna była wigilia rocznicy podpisania z „Solidarnością wiekopomnych porozumień” 31 sierpnia, które zmieniły Europę. Sobotnie, przed rocznicowe „Wiadomości” telewizyjne składały się wyłącznie z dwóch tematów – pierwszego, dominującego czasowo, o wybraniu Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europy; i o wiele mniej zajmującego minut odnoszącego się do coraz tragiczniejszego położeniu pobratymczej Ukrainy, gdzie Rosjanie zabijają ludzi, żołnierzy i cywilów. Prezydent USA zaś oświadcza, że nie będzie bronić tego kraju, a sąsiednim państwom nie przyśle skutecznego sprzętu obronnego. Czy dlatego, żeby wreszcie zginęła cywilizacja białego człowieka?
„Wiadomości” w tym pierwszym, większym temacie emanowały radością. Poseł Janusz Lewandowski powiedział nawet, że wybór Tuska na najwyższe stanowisko w Radzie Europejskiej jest uznaniem Zachodu dla Polski. No to wyrządził premierowi niedźwiedzią przysługę. Bo dla Tuska, jak wydrukował w „Znaku” w 1987 r., „polskość wywołuje niezmienne odruch buntu”; brzmi to podobnie brutalnie, jakby się powiedziało „odruch wymiotny”. I nadto, że dlań „piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski”. A tu Lewandowski wyskoczył z tą Polską jak Filip z konopi. Zamiast stwierdzić z satysfakcją, że teraz jego zwierzchnik rządowy i partyjny będzie mieć okazję uciec od pogardzanej Polski i… od lęku przed odpowiedzialnością.
Największym orędownikiem obdarzenia Donalda Tuska stanowiskiem przewodniczącego Rady Europejskiej był ponoć angielski premier Cameron. Bo najmniej zna polskie realia. O wiedzy Camerona na temat Polski wypowie się tu na pewno wkrótce nasza korespondentka londyńska, koleżanka Elżbieta Królikowska- Avis.
Zanim to uczyni, zapisuję do tego tematu moje trzy gorsze.
Tusk zdaje sobie sprawę, gdyż bystrości umysłowej odmówić mu nie sposób, że głównie dzięki Cameronowi wdrapał się na tak wysoki stołek. Toteż w swym krótkim exposé przymilnie mu kadził, że nie wyobraża sobie Unii Europejskiej bez Anglii, że jej obecność w niej jest niezbędna i wygłosił kilka jeszcze podobnych komunałów.
A kto oprócz garstki Polaków świadomych tego, co od siedmiu lat dzieje się w naszym kraju, przypomina sobie, że 14 sierpnia 2012 r. premier Tusk w kontekście afery Amber Gold, w której pośrednio był zamieszany jego syn, orzekł z trybuny sejmowej, że „nie każde oszustwo jest przestępstwem”? Teraz więc z wyżyn władz unijnych spokojnie oszukuje, wiedząc, że nie popełnia przestępstwa i konstatuje, iż za jego rządów nastąpił wzrost gospodarczy przy zachowaniu dyscypliny… finansowej. Tak kłamiąc, na co liczy? Że istotnie jego poplecznicy europejscy nie wiedzą, iż rodacy w kraju są otumanieni propagandą PO i również tego kłamstwa nie dostrzegają?
Przecież jest akurat odwrotnie: gospodarkę podmywa degenerująca ją biurokracja i indolencja wysokich urzędników państwowych, inwestycje są niedokończone albo źle wykonane. I grzęźniemy w kryzysie finansowym, państwo musiało okraść obywateli, ale i tak nie zlikwidowało długu publicznego. Wystarczy porozmawiać z Robertem Gwiazdowskim, Krzysztofem Rybińskim czy Andrzejem Sadowskim, Stanisławem Kluzą, jedynymi finansistami, którzy nie kłamią, aby nie mieć co do tego żadnych wątpliwości.
Po prawie siedmiu latach włodarzenia Tuska wyrosły obszary nędzy, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych. Umarło wielu ludzi niemogących dostać się do lekarza. Narodowy Fundusz Zdrowa stał się tak niewydolny jak pendolino stojące na bocznicy i od czasu do czasu pokazywane gawiedzi. Tylko że pendolino może sobie czekać na lepszego premiera, a chory człowiek oczekując przyjęcia do lekarza umiera.
Europa, zapatrzona we własne brzuchy, nic o nas nie wie i nie chce wiedzieć.
Wybrała rafinowanego cynika, bo znakomita większość jej polityków ceni cynizm, który zwalnia od wysiłków altruizmu i wyrzutów sumienia. Natomiast reszta, jak premier Wielkiej Brytanii, jest uboga mądrością.
A Tuskowi należy naprawdę pogratulować. Kto tak umie? Uciec od odpowiedzialności za popełniane zło, kłamstwa i zaniechania oraz od pogardzanej Polski? Pozbyć się ciężaru podejmowania decyzji? Uwolnić się od trudu ustawicznego tuszowania szachrajstw swych podwładnych i własnych wyrzutów sumienia? I na tym wszystkim dorobić się fortuny? Wszak apanaże będzie miał o wiele większe niż nędzna pensyjka premiera rządu polskiego. Tak spore, że z powodzeniem, gdy zawali się Unia i Polacy zażądają postawienia go przed Trybunałem Stanu, będzie mógł zniknąć gdzieś za siedmioma rzekami i siedmioma górami, pod troskliwą opieką Angeli Merkel, a może też władcy Rosji, i dożywać spokojnej starości, śmiejąc się w kułak z tego polskiego „wzniosło-ponuro-śmiesznego teatru niespełnionych i nieuzasadnionych urojeń”.
Oby żaden premier rządu czy to Trzeciej czy Czwartej Rzeczypospolitej nigdy już nie dorósł do wielkości osławionego Donalda Tuska.
Jacek Wegner
