Istna doskonałość bezstronności - pogratulować Bogusławowi Chrabocie, redaktorowi naczelnemu dziennika „Rzeczpospolita”, że zredagował numer z datą 1 września 2014 r.

Niezwykły numer. Bo i o rocznicy wybuchu II wojny światowej, i krótki hymn pochwalny o sobotnim obdarzeniu naszego premiera przez Unię Europejską najwyższym stanowiskiem napisany przez naczelnego, i na całej stronie szóstej dosadna krytyka tegoż obdarowanego pióra Łukasza Warzechy. W myśl starej zasady dialektycznej, że każda teza ma antytezę.

Z dwu tez naczelnego „Rzeczpospolitej” utrzymanych na najwyższym diapazonie uczuć wieje groza. Pierwsza: „Tusk jest – nie licząc Jana Pawła II - pierwszym Polakiem od czasów jagiellońskich, który wchodzi do polityki światowej, na tak poważnym stanowisku”. Druga: „Jest szansa, że po jednej bądź dwóch kadencjach wróci do Warszawy, co nie udało się Andersowi, na białym koniu”. Obie uniemożliwiają polemikę.

Toteż obszerna wypowiedź Warzechy nie jest polemiką z pisarskim wyrazem emocji Chraboty, stanowi natomiast zupełnie samoistną ocenę tego, co dokonało się w 29 sierpnia br. w Brukseli. Autor ma diametralnie odmienne zdanie. Twierdzi, że „Donald Tusk zajmie stanowisko, które nie łączy się z konkretną władzą (…) możliwości kreowania polityki przez szefa Rady Europejskiej są znacznie ograniczone (…) Tusk będzie jedynie organizatorem prac”. Czyli wielkim administratorem, a czy zostanie, jak marzy się Chrabocie, naczelnemu największej opiniotwórczej gazety, „na kolejne dwa i pół roku, będzie zależało od Niemców, nie od Polaków”.

W ogóle wszystko, co Tusk czynił na forum międzynarodowym, było podporządkowane polityce żelaznej kanclerz: A także pośrednio prezydentowi Federacji Rosyjskiej, ponieważ Merkel jest szczerze i ostentacyjnie prorosyjska. W sumie więc antypolska.

I jak tu nie zapytać oburzonych na Jarosława Kaczyńskiego naszych domorosłych Katonków, czy im teraz nie wstyd, że postponowali prezesa PiS za napisanie „źle” o kanclerz Merkel w książce z 2011 r. „Polska naszych marzeń”. Krytykowali, że to niepolitycznie, niedyplomatycznie, nietaktownie, niekulturalne. A przecież dziś, gdy wychodzą na jaw sympatie proputinwoskie szefowej rządu NRF, ówczesne słowa autora wydają się prorocze: „Merkel ze względu na to, że pochodziła z NRD, odwoływała się do pewnej wspólnoty losu, do znajomości tamtej rzeczywistości. Często podkreślała, że (…) znała socjalizm (…), że powinno się z nią inaczej rozmawiać (…). To było takie zmiękczanie partnera. Nie ma natomiast wątpliwości, że Merkel reprezentuje to pokolenie polityków niemieckich, które chce odbudować mocarstwowość Niemiec. Elementem tego jest strategiczna oś z Moskwą, a w tym może przeszkadzać Polska, czyli nasz kraj musi być w jakiś sposób podporządkowany (…) a ta polityka jest realizowana innymi metodami niż kiedyś, ale nadal jest w tym dość bezczelne nieliczenie się z nami (…). To Polska za rządów Donalda ze wszystkiego zrezygnowała, natomiast Niemcy łatwo nie rezygnują, szczególnie wobec słabego partnera (…) Trzeba się kierować względami politycznymi, czyli najpierw musimy wyrównać poziom gospodarczy. A potem możemy sobie pozwolić na <wspólne> inwestycje. W przeciwnym razie pewnego dnia obudzimy się w mniejszej Polsce”. Zupełnie jakby czytało się lub słuchało Piłsudskiego czy nawet Romana Dmowskiego, gdyż tu akurat schodziły się poglądy obu tych zantagonizowanych – i to bardzo – wybitnych polityków dwudziestolecia międzywojennego. Czy więc Tusk nie będzie powolnym narzędziem polityki mocarstwowej Niemiec? Merkel w NRD zrozumiała, że polityka uzależniania jest stokroć lepsza niż teutońskie „lebensraum”, a więc lepiej, jak Rosja, podporządkowywać sobie kraje, niż je podbijać. I teraz już losy zjednoczonej Europy zależą głównie od Niemców. A Tusk będzie, trawestując powyższą konstatację Warzechy, administrował owo uzależnienie.

Warzecha z bystrością wytrawnego publicysty dostrzega, że Tusk zgodził się na przyjęcie wyboru włącznie z pobudek osobistych. „Sęk w tym – pisze – że jest to gra Tuska, która z polskim interesem nie ma wiele wspólnego”. Ot, i jak tu pogodzić owego „pierwszego polityka od „czasów jagiellońskich”, „nie licząc Jana Pawła II” Bogusława Chraboty z taką oczywistą, bez napięcia uczuciowego wyrażoną prawdą?

Jednak chwała Chrabocie, że wydrukował oba teksty – numer otrzymał dramaturgię. Tylko czy naczelny czytał przed drukiem artykuł Warzechy? Sądząc po jego emocjach, to chyba nie. Wtedy powiedzieliśmy, że przez przypadek dał nam, dziennikarzom, przykład idealnej bezstronności i wielogłosowości dziennika.

A Tusk? Niech się raduje, że, jak podkreśla Warzecha i jak w takich okolicznościach mawia młodzież, ma z głowy kłopoty. Do Warszawy z tarczą, „na białym koniu”, już nie powróci. I dobrze. Ale patrząc na nas z wysokości swego angelomerkelowego serwilizmu będzie ukontentowany, że wreszcie wyzwolił się od polskości. Szczęsny Potocki był podobno dumny z munduru rosyjskiego. Iwaszkiewicz, owładnięty propagandą Gierka, z uniformu górniczego.

A Tuska uradują jakie emblematy?.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl