Jest takie powiedzenie „prawda czasów, prawda ekranu”,  mówi o przepaści między rzeczywistością, a filmem który próbuje jakiś moment historyczny opisać. Z nowego dokumentu Krzysztofa Magowskiego „Sen o Warszawie” aż bije „prawda czasów”. Paskudna prawda. Zaskakująca nawet dla takich jak ja, znających łajdactwa SB na wyrywki. Z jednej strony – ponure tło SB-ckich manipulacji, fabrykowania faktów medialnych, prób  skasowania  artysty, Czesława Niemena Wydrzyckiego. Z  drugiej – postać człowieka żyjącego w tych czasach,  ale jakoś nie ubrudzonego tymi czasami,  trochę jak bohaterowie „Wniebowstąpienia” Konwickiego czy opowiadań Szukszyna.

 Nieżle zilustruje to obrazek: idzie człowiek obok gnojówki, w którą ktoś wrzuca granat, a ten idzie dalej, jakby nigdy nic,  czysty, nie unurzany. Jeśli  określić sytuację Niemena w  kontekście politycznym, środowiskowym, wyglądało to tak –  artysta  samotny i osobny, zawsze obok stada, zawsze  pod prąd. Jednak  dominującym odczuciem widza po zakończeniu seansu jest niedowierzanie. Jak to mogło się stać, że z powszechnie znanych puzzli Krzysztof Magowski ułożył zupełnie inny obrazek?  Reżyser dotarł do  nieznanych  dokumentów, przesłuchał 50 świadków – rodzina, przyjaciele, współpracownicy -  i tak oto przed naszymi oczami rozwija się historia jak to SB,  przy pomocy swoich ludzi, TW, OZI, w mediach, środowisku muzycznym, Polskich Nagraniach, Pagarcie, agentów w Sztokholmie i Chicago  robi z niego dosłownie miazgę! I jeśli my, pracujący latami w środowisku mediów, daliśmy się – przynajmniej częściowo – zmanipulować, to co dopiero ludzie po tamtej stronie telewizora?

    Oto przykład pierwszy z brzegu: media aż  zatrzęsły się z oburzenia, gdy pijany Niemen podczas koncertu w Radomsku, wypiął na widownię goły zadek. News pojawił się najpierw  w  lokalnej prasie, został  szybko przedrukowany w „Expressie Wieczornym”, skomentowany przez  „Szpilki”, „Karuzelę”, a potem resztę  mediów.

   Artysta podał dziennikarza radomskiej prasy do sądu o zniesławienie, wygrał sprawę, dziennikarz nigdy nie ujawnił żródła informacji? Inspiracji? a wszystkie nagrania dokumentujące ten proces zostały zniszczone. Czy nie chodziło przypadkiem o ukrycie twarzy pracowników i współpracowników SB, winnych w sprawie? Kolejny przypadek: w 1968 roku, po serii sukcesów Niemena, kiedy jego kariera sięgnęła zagranicy,  Marek Piwowski zrealizował prześmiewczy dokument „Sukces”, w którym pokazał Niemena jako głupka i kabotyna, osobnika psychicznie niezrównoważonego i społecznie szkodliwego. Natychmiast przypomniała mi się pierwsza fabuła tego reżysera „Przepraszam, czy tu biją?”, i zarzuty części prasy  iż film został zrobiony na zamówienie Milicji Obywatelskiej, aby  ocieplić jej  wizerunek.  Potem był film „Uprowadzenie Agaty”, który spowodował tragedię rodzinną marszałka Sejmu Andrzeja Kerna z listy Porozumienia Obywatelskiego Centrum i praktycznie zakończył jego polityczną karierę.  A kilka lat temu usłyszeliśmy rewelację, ze Marek Piwowski, twórca kultowego „Rejsu”, był wieloletnim TW, rozpracowującym środowisko. I naraz wszystko – Piwowski i jego „Sukces”, Niemen, SB  i marszałek Kern –  ułożyło się w logiczny ciąg. 

      I jeszcze jedna wredna akcja SB, która załatwiła wokalistę na dekadę, i która została uknuta jakoś niedługo przed wprowadzeniem stanu wojennego. TVP poprosiło Niemena o przygotowanie programu z cyklem kolęd na Boże Narodzenie ’81. 13 grudnia do drzwi jego skromnej kawalerki zapukało dwóch smutnych panów, zabrali go do Pałacu Mostowskich i tam poprosili o …. komentarz na temat tego programu. A potem z tego 30-minutowego nagrania wycięli kilka odpowiednich fragmentów, posiekali, posklejali, i puścili przed  nowym programem jako „głos popierający stan wojenny i politykę gen. Jaruzelskiego”. Ci, którzy pamiętają skrzętne zabiegi SB wokół taśm  z rozmowami Wałęsy  z bratem w Arłamowie, w lot zrozumieją o co tu chodzi! Na skutek tej  SB-ckiej manipulacji Niemen znalazł się na 11 miejscu listy kolaborantów przygotowanej przez opozycję. Opozycja nie zapytała, jak to naprawdę z programem było.  Nikt słowem nie wspomniał o tym, że wokalista musiał  odejść ze Szkoły Pedagogicznej w Grodnie, bo nie chciał zapisać się do Komsomołu. Nie zwrócił uwagi na  jego trwające 20 lat  kłopoty ze służbami. A Niemen nie miał dostępu do reżimowych mediów, więc i żadnej możliwości wyjaśnienia sprawy. A „Solidarności” udzielił publicznego wsparcia kiedy tylko taka możliwość się pojawiła, w 1989 roku, tuż przed wyborami  czerwcowymi.

   Skąd taka zaciekłość komunistycznego reżimu w niszczeniu piosenkarza big-beatowego, wykonawcy muzyki etnicznej,  a potem kompozytora i aranżera muzyki do poezji Norwida,  w końcu religijnej?  Otóż Niemen tworzył nowe trendy i mody, i budził wielkie emocje. Dziś nazwalibyśmy go trendsetterem. Nienawidził go Gomułka i … Kazimierz Rudzki, który oblał go ostatecznie na egzaminie eksternistycznym „na artystę”. Owczesne władze widziały w nim non-konformistę  i buntownika, w dodatku zaczął  robić międzynarodową karierę „za żelazna kurtyną”, co było tym bardziej niepokojące. Dzisiejszym młodym trudno to zrozumieć, ale taka była logika rozumowania komuny - która  potem te swoje racje  egzekwowała. Miała artystów w garści, więc karała ich lub nagradzała -  paszportem, koncertami na Zachodzie, występami w TVP, nagrodami na festiwalach w Sopocie czy Opolu.  A Niemen zawsze starał się być niezależny, tak w wyborach życiowych, jak i artystycznych. Był dla  przaśnych  komunistycznych władz zbyt awangardowy, a więc niezrozumiały, zbyt nieprzewidywalny, więc niebezpieczny. Próbował  przydać muzyce tych  szarych  czasów  trochę barw, przybliżyć do niej świat, a  to nie mogło podobać się  komunistycznym prowincjuszom. Film jest właśnie tym ciekawszy, że pokazuje nie tylko zdarzenia z życia, rozwój kariery Czesława Niemena, ale wpisuje go w tło PRL-u, opresyjnych działań  służb specjalnych, atmosfery w środowisku medialnym i artystycznym, spenetrowanych przez wszechobecne SB. 

     Droga Krzysztofa Magowskiego do realizacji „Snu o Warszawie” także nie była ani krótka, ani usłana rożami. Paradoksalnie,  wcale nie zamierzał nakręcić filmu politycznego, tylko biografię Niemena. Ale jak to w Polsce,  „wszystko jest polityką”. Zaczęło się od dokumentu „Się macie, ludzie” z 2003 roku, w którym miał wystąpić Czesław Niemen. Magowski skontaktował się z artystą, już wtedy poważnie chorym, zaczęły się rozmowy, rozwinęła przyjaźń, powstał plan przyszłego dokumentu „Dziwny jest ten świat”. Niemen obiecał spotkać się  z reżyserem na początku 2004 roku, ale 17 stycznia  już nie żył. Magowski zaczął dokumentować planowany film. Był zaskoczony ustawicznymi kłopotami Niemena,  trwająca dziesięciolecia obstrukcją jego kariery,  pajęczą siecią SB wokół  piosenkarza. Z rozmów z rodziną, przyjaciółmi ze środowiska wyłaniała się postać giganta estrady, artysty  samorodnego, utalentowanego i niepowtarzalnego, o wielkim, niewykorzystanym potencjale. Marek Gaszyński, Dariusz Michalski, Roman Radoszewski i inni  wspominają o jego skromności i dobroci, miłości do poezji Norwida i Mickiewicza, o pojawiających się coraz częściej motywach religijnych, metafizycznych. Ale  opowiadają także o  „spontanicznych protestach” przeciw Niemenowi podczas koncertów w Sztokholmie i Chicago, o  mniej niż skromnych warunkach życia  rodziny Niemenów, i o  długich łapach systemu, które  dosięgały go w kraju i za granicą. O tym ileż to razy nie dostał paszportu, nagrody w Sopocie czy Opolu, nie pozwolono mu wystąpić w TVP, opluto w recenzjach po szczególnie udanym koncercie. Publiczna postać, a kto z publiki o tym wiedział?! 

    Ze scenariuszem Krzysztof Magowski wystartował 9 lat temu, w 2005 roku. Dwukrotnie odrzucony przez PISF, ofiara  wojen personalnych   w TVP, ostatecznie został przyjęty do produkcji w 2013 roku.  Powstał film pełen materiałów, które nawet dziennikarz widzi po raz pierwszy, których nie ma w obiegu medialnym. O Czesławie Niemenie Wydrzyckim, piekielnie uzdolnionym artyście i trendsetterze, idolu kilku generacji młodych, zawsze jakoś na boku i osobnym. Ofierze  politycznych manipulacji komuny i, zdarzało się,  że ostracyzmu środowiskowego. O którym jednak pisze się kolejne książki i kręci filmy, podczas gdy o  jego prześladowcach, czy wykonawcach politycznej dintojry zaginął  wszelki ślad. 

                                                   Elżbieta Królikowska-Avis. Warszawa, 20 pażdziernika 2014

PS.  Ten film jest „a must”, trzeba go zobaczyć. Żeby lepiej zrozumieć tamte czasy,  a więc i nasze, współczesne. Dostrzec, że gnojeniem ludzi zajmował się nie wirtualny „system”, ale ludzie którzy dla niego pracowali, o nazwiskach często  dobrze znanych. I oddać sprawiedliwość wielkiemu artyście i dobremu człowiekowi. Pokrzywdzonemu przez komunę, czyli jednemu z nas.
    
  

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl