Nie wyjawię ani nazwiska bohatera niniejszej opowieści, ukrywam go pod monogramem MM, ani nie podam nazwy gazety pozastołecznej, w której systematycznie co dwa tygodnie ów MM drukuje często ponad zwykłą miarę sążniste artykuły. I jest kierownikiem Oddziału Regionalnego Warszawa, więc, wydawałoby się, noblesse oblige...
W jednym niedawno wydrukowanym numerze zamieścił tekst „Lament nad mediami”. Lamentuje przede wszystkim nad sobą, że jest zdolny, zapobiegliwy, że mu proponowano, a on nie chciał, ponieważ wszędzie widział hipokryzję i zło. Piotr Wierzbicki oferował mu, nawet dwukrotnie, pracę w tygodniku „Nowy świat”; co więcej - poprosił o projekt gazety prawicowo-konserwatywnej. MM przedstawił mu wizję i gazety, i dodatku niedzielnego pod „arcyoryginalnym” tytułem „Podróże w czasie i przestrzeni”. Zaczął działać, ale szybko się zraził, gdyż na pierwszym zebraniu redakcyjnym zobaczył, że „kierownicze stanowiska w redakcji mają ludzie z KC PZPR, z cenzury na Mysiej, z <Trybuny Ludu> i z <Żołnierza Wolności>. Sekretarzami redakcji byli dziennikarze z <Trybuny Ludu>, przy czym jeden z nich pracował w stanie wojennym w <Żołnierzu Wolności> i weryfikował dziennikarzy w <Sztandarze Młodych>”.
świętą zasadą naszej twórczości jest imperatyw weryfikowania informacji, nawet jeśli trzeba, po wielekroć. Nie możemy za pewnik uznawać czegoś „ze słyszenia”: że ktoś coś opowiedział, że gdzieś dzwoniło albo czego, przeciwnie, się nie dosłyszało. Owszem, wolno, pod warunkiem, że niesprawdzone fakty nazwie się niesprawdzonymi, dzwony niezidentyfikowane dzwonami niezidentyfikowanymi. Inaczej grzeszy się przeciwko etyce zawodowej i trzeba się przed czytelnikiem wyspowiadać.
Kierownicze stanowiska w normalnej gazecie to przede wszystkim naczelni; byli nimi od zarania „Nowego światu” a nie, jak chce MM, po zmianie zespołu: Piotr Wierzbicki, nasza koleżanka Teresa Bochwic i Tadeusz Karolak. O nim rzeczywiście chodziły słuchy, że wysługiwał się Służbie Bezpieczeństwa, czego nikt z mojego otoczenia nie był jednak pewien. MM tego nazwiska nawet nie wymienia w swym „Lamencie” – widocznie nie dodzwoniło mu znikąd. Po zagładzie „Nowego światu” (a doprowadził do niej Wierzbicki niemający żadnej wprawy w redagowaniu dużego dziennika) Karolak spadł na cztery łapy z pełną sakiewką. Stał się rzecznikiem Poczty Polskiej i równocześnie redaktorem naczelnym miesięcznika o takiej samej nazwie, którego wydawanie w bogatej szacie graficznej uszczuplało dochody tej potrzebnej, szacownej instytucji, na którą, nawiasem mówiąc, dzisiejszy rząd podobno szykuje jakieś zamachy.
Sekretarzy w „Nowym świecie” było kilkoro. Szefem sekretariatu przed zmianą zespołu był Bohdan Stypułkowki, dawny żołnierz AK, były sekretarz „Życia Warszawy”, gdzie utworzył i redagował rubrykę „Zabytkom na odsiecz”. Sekretarzem była też kobieta, której nazwiska nie pamiętam, ale również chyba z „Życia Warszawy” i Jerzy Adamczyk z tej samej gazety tudzież z Instytutu Dziennikarstwa UW, gdzie prowadził zajęcia. Wreszcie do sekretariatu dziennika Wierzbickiego, zaraz po jego powstaniu, należałem i ja. Poprzednio pracowałem w „Rzeczpospolitej” za redaktorstwa Dariusza Fikusa-Macieja Łukaszewicza, później w „Polsce Zbrojnej” pod batutą naczelną Jerzego Ślaskiego, podczas wojny także akowca, autora wielu książek z dziejów okupacji, m. in. „Żołnierze wyklęci” której tytuł przeszedł do słownictwa powszechnego. Jeden z redaktorów depeszowych, ale nie był sekretarzem, więc nie należał do MM-owego „kierownictwa”, przed 1989 r. pracował istotnie w „Trybunie Ludu”, na depeszach, potem zaś ze mną u Ślaskiego w „Polsce Zbrojnej”, dziedziczce przedwojennej gazety Wojska Polskiego. Dziennik wkrótce, mimo że ministrem obrony narodowej był Bronisław Komorowski, przechwycili „pod grubą kreską” kontynuatorzy porządku politycznego sprzed 1989 r. i przestał w konstelacji prasy polskiej mieć jakiekolwiek znacznie.
Genezę „Nowego Światu”, jak również okoliczności jego upadku dobrze zna kol. Teresa Bochwic i powinna, myślę, obszernie o nich napisać. Kol. Marek Palczewski mógłby zaś te wiadomości wykorzystać w swej działalności jako przyczynek do historii prasy po roku 1989 odzyskującej (na krótko) pełną niezależność polityczną.
Skąd przeto u MM informacje o „Trybunie Ludu”, cenzurze, „Żołnierzu Wolności”, weryfikacji dziennikarzy? Być może ta ostatnia wiadomość odnosi się do Tadeusza Karolaka, lecz MM o nim, jak rzekłem, nie wspomina, bo widocznie nikt i nic mu nie „zadzwoniło”. A szkoda, to byłyby dopiero rewelacje i „lamenty” nad prasą i… dziennikarzami.
Najpewniej MM pomylił „Polskę Zbrojną” z dawnym, już wtedy niewychodzącym „Żołnierzem Wolności”, organem tzw. ludowego wojska polskiego, który był redagowany w tych samych pomieszczeniach co dziennik Ślaskiego.
MM pisze z dumą, że skoro taki był skład „kierownictwa”, to nie podjął pracy w piśmie Wierzbickiego. Ale, jak twierdzi chyba nie bez dumy, Wierzbicki nie dał za wygraną, „po jakimś czasie - pisze MM – zadzwonił do mnie i powiedział, że przeprowadzi zmiany, jeśli przyjdę do <Nowego Światu>. Przyszedłem. Zobaczyłem (…) Nadal byli ludzie z KC, z <Trybuny> i z <Żołnierza>. Zmiany dotyczyły kierownictwa. Zastępcami naczelnego był SM (Stanisław Michalkiewicz - J. W.), dziś radykalny felietonista prawicowy, a także TB (Teresa Bochwic – J. W.), też prawicowa dziennikarka, dawniej w PAX”. (Nieprawda - TB od samego początku była zastępcą naczelnego). Więc jak to: MM należy do kierownictwa dwutygodnika super prawicowego, pod sztandarami ustawicznej walki z lewicowością i przed dwudziestoma laty nie chciał zatrudnić się w dzienniku Wierzbickiego, gdyż tam pracowali „radykalni prawicowy”? Czy to miałoby znaczyć, że MM nie był wówczas prawicowo-konserwatywny i dlatego nie akceptował formuły dziennika „Nowy Świat” tworzonej przez ultra prawicowych konserwatystów? A może brzmią mu ciągle w umyśle echa propagandy pezetpeerowskiej, która dyskredytowała niewygodnych poddanych przydając im epitety w rodzaju to prawicowiec, to antysemita to syjonista, to sanat, to rewizjonista, to faszysta? Nic do zrozumienia, jedynie zauważa się we wspomnieniach MM nonszalancję faktograficzną, główny grzech dziennikarski.
Wszelako nie jest to jest wina wyłącznie MM. Pisanie jest trudne i męczące, zwłaszcza dla dziennikarza, który jak on zdobywał dziennikarskie ostrogi przemawiając w telewizji obrazem. Lecz przecież w redakcji czuwają – powinni czuwać – koledzy: redaktor naczelny ze swymi zastępcami, sekretarz, kierownicy działów, żeby publikowane teksty nie miały grzechów dziennikarskich. Tymczasem u MM oprócz grzechu kardynalnego są jeszcze małe grzeszki – językowe.
W rzeczy samej możemy współczuć MM pracy w telewizji, ale to nie znaczy tym samym, że zgadzamy się na jego słownictwo. Również traktowane nonszalancko. Czy nie razi, gdy szanujący się periodyk pod emblematem, jak wspomniałem, wspaniałej organizacji dopuszcza na łamy i eksponuje sformułowanie „Stopień zbydlęcenia dziennikarzy telewizyjnych nie dawał się opisać...”? Przecież naszym obowiązkiem, który zresztą dobrowolnie przyjęliśmy, jest również podnoszenie kultury językowej społeczeństwa na najwyższe poziomy. Szczególnie w dobie Internetu. Tak jak MM, proszę kolegów autorów, redaktorów z dwutygodnika pozastołecznego, pisać i drukować nie przystoi.
Oprócz tego słowa ocierającego się o ordynarność, są też brzydkie kolokwializmy. Dwukrotnie. obok siebie MM używa frazeologii „realizować reportaże”. W prasie pisze się reportaże, w radio i telewizji nagrywa. Podpowiadam nadto wspaniałe słowo o uniwersalnym znaczeniu ”tworzy się”.
Leksyka i frazeologia to, jak określiłem, lekkie grzechy naszej profesji, lecz dla dobra czytelników, ich kultury trzeba dążyć, żeby było jak najmniej owych nieprawidłowości.
A nade wszystko należy jak ognia unikać nonszalancji, której niebezpieczeństw nie umieją, jak wynika z tego, co powyżej, ustrzec się nawet dziennikarze doświadczeni, starszej generacji. Oczywiście każdemu może się zdarzyć niefrasobliwe potraktowanie faktów, błądzenie jest immanencją człowieka, ale najważniejsze to mieć świadomość tej ludzkiej słabości i być wobec materii pisarskiej (medialnej) pokornym, jeszcze raz pokornym. Nie dostrzegłem pokory w wypowiedzi MM i stąd całe zamieszanie.
Jacek Wegner
