Już następnego dnia po zakończeniu Zjazdu Delegatów SDP kol. red. Dorota Bogucka opublikowała na portalu www.sdpwarszawa.pl interesujący tekst „Żona cezara versus perfekcyjna pani domu”, który określam na własny użytek „sprawozdaniem publicystycznym”. Faktów niewiele, za to dużo ocen. I bardzo dobrze.
Wśród nich i ocena moich zachowań. „Doszło do kilku bardzo niepokojących incydentów – pisze autorka – (…) Kolejnym - poważniejszym było głosowanie za inną osobę i to (o ironio!) przez red. Jacka Wegnera, byłego rzecznika dyscyplinarnego. Ktoś, kto ma dbać o przestrzeganie etyki nie może dopuszczać się takich naruszeń. A już zwłaszcza, jeśli kandyduje do sądu dziennikarskiego, a potem na rzecznika dyscyplinarnego. Protest red. Bartosza Ławskiego był zasadny i próby neutralizowania go przez prezydium oceniam jako karygodne”. Ależ wytłumaczyłem szanownemu gremium, że kol. red. Andrzej Wernic niedowidzi i ma problemy mnemotechniczne. Toteż pomagałem mu głosować. Przyciskałem wedle jego woli odpowiednie guziki, nie tylko na mnie, lecz i wobec innych kandydatów.
Proszę Szanowną Panią Redaktor powiedzieć lub napisać - szczerze! – nie pomagałaby Pani w analogicznej sytuacji swej sędziwej wieloletniej koleżance, która mimo fizyczne niemoce nadal chce aktywnie uczestniczyć w życiu naszej organizacji? Byłaby Pani obojętna na daremne manualno-wzrokowe usiłowania koleżanki-nestorki siedzącej obok Pani?
Red. Bartosz Ławski, który inwigilował od pewnego czasu moją pomoc dawaną red. A. Wernicowi, zachował się złośliwie. Dość adekwatnie ująłem to na zjeździe przed mikrofonem. Kol. Ławskiemu zabrakło widocznie przyzwoitości, żeby publicznie orzec, że istotnie tak było, jak wtedy wyznałem i przed chwilą napisałem. Natomiast prezydium, przez Panią Redaktor spostponowane odważnie stwierdziło, iż widziało, jak pomagałem red. Wernicowi przy innych głosowaniach i dlatego opowiedziało się po mojej stronie. Nic tu nie było karygodnego ani wstydliwego. Jeżeli konieczne jest tutaj użycie tych słów wartościujących, to raczej odnosząc je do tajnej obserwacji red. B. Ławskiego. Również wysoko oceniam doświadczenie red. Tomasza Szymborskiego w dziennikarstwie śledczym. Nawet doznałem odeń dobra. W połowie lat dziewięćdziesiątych pofatygował się, jeszcześmy się nie znali, i zadzwonił od mnie z Katowic, aby ostrzec, że Stanisław Tymiński w mojej książce „Sternicy. Opowieść o 10 przywódcach PPR/PZPR” dopatrzył się naruszenie swych dóbr osobistych i zamierza oskarżyć mnie o zniesławienie. Winienem kol. Szymborskiemu za tę wiadomość wdzięczność dozgonną. Zacząłem bowiem po tej informacji pośród znajomych niezawisłych prawników tworzyć zalążki obrony. I widocznie Tymiński dowiedział się o tym, doszedł do przekonania, że jego oskarżenie nie ostałoby się wobec takiej kontrakcji, i zrezygnował z zamiaru.
Na pewno ma rację red. Bogucka, że zdolności, wiedza i doświadczenie w dziennikarstwie śledczym przydadzą się red Tomaszowi Szymborskiemu w sprawowaniu funkcji rzecznika dyscyplinarnego. Prosiłbym go jednak, zanim zacznie działać, żeby był łaskaw napisać na naszym portalu, iż kilka miesięcy przed zjazdem wpłynęła nań do mnie – rzecznika dyscyplinarnego – oficjalna skarga osoby z naszego stowarzyszenia, Oddziału Warszawskiego. Nie było to obwinienie w ścisłym tego słowa znaczeniu, a raczej zażalenie odwołujące się do… - w pierwszym odruchu chciałem napisać honoru, ale to może za mocne słowo, użyję innego - do zasad dobrego obyczaju. Jak red. Tomasz Szymborski na nie zareagował? I co było potem?
Właśnie z powodu charakteru owego zażalenia nie przywołałem w sprawozdaniu ani jego treści, ani mojej nań reakcji, ani tym bardziej rezonansu, jaki wzbudził u red. Tomasza Szymborskiego. Proszę go jeszcze raz o upublicznienie tego mikro-wydarzenia. Ja bowiem nikomu o nim nie wspomnę ani nigdzie nie napiszę. Na razie wiedzą o nim trzy osoby: autor pisma, red. Szymborski i ja. Jeśli uzna on, że ma tak zostać, niech zostanie. Acz wydaje mi się, że byłoby lepiej dla kondycji moralnej SDP, gdyby ta wiedza stała się naszą wspólną własnością.
Bo, Szanowna Koleżanko Redaktor, ja również tak jak Pani cenię ponad wszystko moralną krystaliczność. I właśnie dlatego wstydzę się postępowania red. red. Bartosza Ławskiego i Tomasza Szymborskiego oraz że Pani wstydzi się z innego powodu.
I na koniec, jak zazwyczaj bywa - marginalia. Napisała Pani: „Nie przeszła niestety uchwała – wycofaliśmy ją – dotycząca apolityczności SDP”. Wypowiedziałem się o tym postulacie w tekście „Czas na zamiany w SDP” publikowanym na tym portalu oraz w „Bez wierszówki”, której numer był podczas obrad Zjazdu wszędzie dostępny.
Zatem żeby się nie powtarzać. Jak Pani wyobraża sobie tę „apolityczność”? Czy przy swej mile przejawiającej się w pisaniu wrażliwości na słowa nie dochodzi Pani do wniosku, że „apolityczność” w odniesieniu do ludzi publicznie wyrażających się de publicis jest nonsensem?
Spróbuję owemu komunałowi „apolityczności” nadać wirtualne wymiary praktyczne. Załóżmy więc, że my ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich stajemy się „apolityczni” – to znaczy nie interesuje nas rządzenie krajem, czyli nami, nie obchodzą zachowania polityków, po prostu nic, co decyduje o naszym losie obywatelskim i będzie determinować życie przyszłych pokoleń. Kim bylibyśmy? Automatami do pisania i mówienia?
Dziennikarstwo to jednak twórczość, choć nie sztuka. Automaty zaś mogą jedynie odtwarzać. Więc mamy tworzyć czy odtwarzać? Odtwarzać, bez opiniowania? Do zapisywania i odtwarzania są dyktafony i inne urządzania elektroniczne.
Nie wierzę, że przypisuje Pani przedstawicielom naszej profesji rolę automatów.
Podpisuję się z szacunkiem
Jacek Wegner
