Kilka lat temu na rynku księgarskim furorę robił cykl esejów Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego „Świat nie przedstawiony”. Gdyby Festiwal Filmów Niezależnych w Ełku określić jakimś krótkim hasłem, dobre byłoby właśnie „świat nie przedstawiony”. Bo 16 nadesłanych filmów, w tym 8 wybranych do konkursu, uświadomiły także nam, jury, jak ogromne są obszary rzeczywistości nieopisanej, nie komentowanej publicznie, traktowanej jakby jej nigdy nie było. Czego dotyczą te wielkie połacie „faktów nienazwanych”, nieobecnych w mediach publicznych, komercyjnych, na festiwalach filmowych w Gdyni czy w Krakowie?  Wystarczy spojrzeć na nadesłane na FFN filmy, od Grand Prix - na nagrodach specjalnych skończywszy.

 

    Kluczową decyzją reżysera „Weroniki i jej chłopców” Artura Pilarczyka był wybór bohaterki filmu, Weroniki Sebastianowicz, prezesa koła byłych żołnierzy AK na Białorusi. W jej losach przegląda się cały dramat jej pokolenia, więcej, dwóch milionów Polaków, którzy po inwazji Sowietów na Polskę, zostali odcięci od ojczyzny i skazani na głód, nędzę, tułaczkę, a dziś – na zapomnienie. Ten przejmujący obraz, to prawdziwe „polskie drogi” tych, którzy mieli mniej szczęścia od swoich kolegów, którzy po odbyciu morderczego marszu przez pół świata,  wylądowali bezpiecznie w Wielkiej Brytanii. Żołnierze AK, który pozostali w Związku Sowieckim, takiej szansy nigdy nie dostali. I do dziś nazywa się ich „bandytami”. W pamięci pozostaje piękna, mimo upływu czasu, twarz pani Weroniki i jej mądre, choć pełne goryczy słowa: „Najbardziej boli  to, że nas sprzedali, ze nas tak zostawili. To jest nie do przeżycia…” Choć  zaraz  dodaje: „Ale zawsze jest nadzieja na >>cud nad Niemnem<<”. O innych zapomnianych bohaterach, żołnierzach Powstania Warszawskiego, opowiada Grzegorz Kutermankiewicz w filmie „Łączniczka Danusia”. Klamrą spinającą ten krótki film są dwa listy, otrzymane przez  bardzo już wiekową panią Danutę Orłowską od prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Jeden z „wyrazami najwyższego szacunku, wdzięczności i uznania za odwagę w obronie stolicy przed hitlerowską nawałą”, i drugi – wkrótce potem – z nakazem eksmisji z mieszkania, gdzie niemal 90-letnia osoba mieszkała przez 40 lat. Rzecz w tym, że miasto  łata budżet, sprzedając stare kamienice deweloperom, którzy albo je remontują i sprzedają na wolnym rynku, albo równają z ziemią, żeby postawić apartamentowce. W tym przypadku, „problem rozwiązał się sam”, pani Danuta Orłowska na skutek stresów i napięć zmarła.  Czy taki dokument miałby jakiekolwiek szanse na pokazanie w którejś z telewizji establishmentowych?

    Albo inny, także laureat nagrody specjalnej, „Zapomniane męczeństwo” Jolanty Hajdasz? Ten  z kolei dokument opowiada o prześladowaniach przez UB  arcybiskupa Antoniego Baraniaka, najpierw przez 15 lat sekretarza prymasa Hlonda, a potem –  prymasa Stefana Wyszyńskiego w jego najtrudniejszych latach 1953-56 .„Wziął na siebie cały impet agresji i nienawiści oprawców” – opowiadają naoczni świadkowie życia księdza Baraniaka, także rezolutne zakonnice, posługujące w domu poznańskiego dostojnika. Czy wielu dziennikarzy słyszało kiedykolwiek o heroizmie arcybiskupa Baraniaka? Innym fragmentem przemilczanej rzeczywistości był reportaż Krzysztofa Siuciaka i Piotra Bugajskiego „Już niedługo”, który pokazał wyprawę ok. 5 tys. Polaków na Węgry, aby wesprzeć reformy Viktora Orbana. W pamięci utkwiły mi dwa fragmenty przemówienia węgierskiego prezydenta: jedno o „konieczności kształtowania życia Węgrów według węgierskich wzorców”, oraz  drugie –„pewnie jutro usłyszymy w radiu i telewizji, że do Budapesztu przyjechało kilkuset Polaków, aby zamanifestować przeciw polityce rządu Orbana”, które spokojnie można byłoby odnieść i do polskich mediów. Co jeszcze było widać przez „OKNO”?  Np. pielgrzymki, których dziesiątki udają się rokrocznie do Częstochowy, a o których ani słowa w  głównych przekaźnikach. W reportażu „Idziemy” Łukasza Korwina widać ludzi, którzy podejmują wyzwanie 300-kilometrowego marszu, atmosferę  solidarności i przyjaźni, pielgrzymkowe rytuały i zwyczaje, wreszcie motywacje uczestników. „Czas wyciszenia, czas przemyśleń i doskonalenia” – mówi jeden, „żeby pooddychać solidarnością, równością i normalnością” – twierdzi  inny. Wielką lukę w rejestrowanym obrazie świata wypełniał także dokument Jacka Józwiaka, mój faworyt, piękna, wysmakowana  plastycznie „Fotozofia”. Oryginalny – od tytułu, zbitki słowa fotografia artystyczna i filozofia – aż do samego przesłania: nie pozwolimy na desakralizację sztuki. A w istocie – desakralizację rodziny, szkoły, szpitali, mediów, całego naszego życia, prywatnego i publicznego. 

    Wszystkie te filmy zbliżają nas do Polski takiej, jaka ona jest,  dalekiej od wykoślawionego obrazu, jaki widać w telewizyjnym mainstreamie. Wypełniają „białe plamy” w naszej  wiedzy o  kraju,  mówią, że i główne media i kino wycofały się z roli informatora i komentatora rzeczywistości, a stały się tubą propagandową jednej tylko partii. Tak się złożyło, że niedawno uczestniczyłam w konferencji prasowej Roberta Redforda, „króla kina niezależnego”, który przywiózł do Londynu swój Sundance Film Festiwal. Kiedy zestawić zawartość SFF z OFFN w Ełku, widać różnice, i to nie tylko wynikające ze stażu, dorobku i stanu portfela festiwali. Widać jasno, że w starych demokracjach kino niezależne idzie w inną niż u nas stronę: eksperymentów formalnych, „fringe’u”, interdyscyplinarności. U nas  filmy skarżą się z kolei na brak wolności słowa, pluralizmu medialnego, arogancji władzy wobec obywateli – problemy typowe dla krajów, które dopiero do demokracji aspirują. „Każdemu to, czego mu bardziej brakuje”.

Elżbieta Królikowska-Avis.

22 września 2012.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl