Za czasów PRL-u w kołach inteligenckich krążyła opinia, że najkrócej żyją dziennikarze, ustępując po tym względem jedynie pilotom oblatywaczom. To nie zraziło Krystyny Grzybowskiej, pilotem oblatywaczem być nie mogła i nie chciała, zaś dziennikarstwo kusiło swoją atrakcyjnością, to znaczy wpływaniem na opinię publiczną.
Kiedy mama ukończyła studia na Uniwersytecie Warszawskim w nowatorskiej dziedzinie, którą było wychowanie przez sztukę, nie mogła znaleźć pracy, bo sztuką zajmowali się twórcy i ich krytycy, a nie jacyś pedagodzy. I to było pierwsze bezrobocie, za nim nastąpiły kolejne, wymuszone dyktaturą proletariatu i jej pryncypiami. Rodzice mojej mamy byli nauczycielami wiejskich szkół na kresach, dziadek, zagorzały piłsudczyk, jeździł na kasztance i służył w kawalerii. Babcia natomiast należała do ruchu ludowego Wici i głosowała w 1946 roku na Mikołajczyka, co skończyło się dla niej więzieniem.
W tym duchu wychowana została mama. Nic dziwnego więc, że przez całe swoje życie nie splamiła się przynależnością do młodzieżowych organizacji komunistycznych, do partii ani tzw. stronnictwa. Za radą przyjaciół ze środowisk inteligenckich stolicy postanowiła spróbować swoich sił w zawodzie dziennikarskim, skuszona opinią, że dziennikarz to taki genialny dyletant, co może pisać o wszystkim co go interesuje w kraju i za granicą, nie rezygnując ze specjalizacji w określone dziedzinie. Swoje kroki skierowała do redakcji popołudniówki „Express Wieczorny", jedynej w Warszawie gazety niepartyjnej, to znaczy nie będącej organem PZPR, ZSL i SD. W tym czasie, to znaczy w 1967 roku, w gazecie tej funkcje kierownicze pełnili wciąż przedwojenni dziennikarze, ludzie reprezentujący klasę i kulturę, a przede wszystkim etykę zawodową, o której w mediach współczesnych można tylko pomarzyć.
Po siedmiu latach pracy w dziale zagranicznym „Expressu Wieczornego" mama przeszła do Polskiej Agencji Interpress, gdzie zajmowała się Polonią. Redagowała biuletyn dla Polonii, poświęcony życiu politycznemu, kulturalnemu i społecznemu Polski Ludowej. W 1979 roku została zwolniona, bo jej biuletyny nie oddawały w pełni „prawdy" o życiu postępowego ludu pracującego miast i wsi. Z pracy wyrzucono wówczas 60 osób, w tym tłumaczy, bez których niemożliwe było propagowanie socjalizmu za granicą.
Maciej Rybiński, za którego mama wyszła w 1973 roku, pracował w tym czasie w tygodniku studenckim „ITD", publikując swoje przewrotne felietony. Nie zawsze przechodziły przez cenzurę, więc tata miał co rusz zakaz publikacji. Mama została bez pracy, ja miałam trzy lata i rodzice borykali się z brakiem pieniędzy na utrzymanie. Nad mamą zlitował się Wydział Prasy KC PZPR, który był panem mediów w PRL-u – otrzymała nisko płatną posadę w młodzieżowym organie partyjnym „Sztandar Młodych" w dziale krajowym. Do jej zadań należało zamawianie i adjustacja tekstów nadsyłanych przez 49 korespondentów terenowych gazety, wśród których byli także młodzi entuzjaści „Solidarności" i oni to dostarczali najciekawszych informacji na temat strajków i demonstracji.
Tak było po sierpniu 1980 roku i trwało do 13 grudnia 1981 r. W międzyczasie mama założyła wraz z kolegami i koleżankami w redakcji koło Solidarności, dumnie nosząc plakietkę związku, co było nie do pomyślenia w partyjnej gazecie. Czarę goryczy zaś przelał strajk prasowy dziennikarzy gazety w proteście przeciwko zdjęciu przez cenzurę wywiadu z Jackiem Kuroniem. W styczniu 1982 roku mama została więc poddana weryfikacji, odmówiła podpisania lojalki i została z hukiem wyrzucona z pracy z tzw. wilczym biletem, to znaczy zakazem wykonywania zawodu. 13 grudnia 1981 roku został aresztowany mój tata i groźbą oraz prośbą był nakłaniany do podpisania lojalki. Odmówił.
Latem 1982 roku mama, tak jak inne nie zweryfikowane osoby stanu wojennego, by przeżyć, zajmowała się handlem. Na stadionie Skry sprzedawała różne ciuszki, swoje i moje ubrania. Podobnie jak inni dziennikarze zajmowała się rozwożeniem darów do kolegów i koleżanek poszkodowanych decyzją o zamknięciu gazet lub bojkotujących radio i telewizję. Wśród nich były rodziny internowanych. W rozdziale darów wolontariusze współpracowali z parafiami, do których napływały dary z zagranicy – odzież i żywność, w tym czekolada i owoce południowe (ku radości obdarowanych dzieci).
Potem władze ogłosiły, że wrogowie Jaruzelskiego i jego ekipy mogą wyemigrować. Z paszportem w jedną stronę i bez prawa powrotu do Polski. Rodzice zdecydowali się na ten krok, ponieważ znaleźli się bez środków do życia i bez nadziei na zmianę sytuacji politycznej. Cała nasza trójka została wyposażona w paszporty w jedną stronę i azyl polityczny, przyznany nam przez władze niemieckie jeszcze w Warszawie. I tak wylądowaliśmy na emigracji, z której rodzice wrócili w końcu 1998 roku, po 17 latach życia za granicą, gdzie ojciec pracował w Polskiej Sekcji BBC, a mama w różnych mediach polonijnych, m.in. w Wolnej Europie i w londyńskim „Dzienniku Polskim Dzienniku Żołnierza". Od 1991 do 1998 roku była korespondentką „Rzeczpospolitej" w Bonn i w Brukseli. O dziwo, w wolnej Polsce także została wyrzucona z pracy, bo nie znaleziono dla niej miejsca w dziale zagranicznym „Rzepy", choć była specjalistką od Niemiec, wielokrotnie nagradzaną przez redakcję za wyróżniającą się pracę na placówce. Zaproponowano jej redagowanie kolumny turystycznej, ale odmówiła, tak jak odmówiła zatrudnienia w dziale reklamy. Więc redakcja rozwiązała z nią umowę o pracę.
Mama jednak dość szybko otrząsnęła się. Pomógł jej w tym tata zapewniając, że „tam gdzie wyrzucają, siłą rzeczy przyjmować będą”. Przyjęli ją więc w „Gazecie Polskiej", gdzie publikowała swoje felietony i komentarze przez 10 lat, a w roku 2014 przeszła do „Sieci", gdzie wylądowałam również ja. Pisała także do tygodnika „Wprost”.
Mama obchodziła w 2017 roku 50 -lecie pracy w zawodzie dziennikarskim, a wytrzymała w nim tyle lat, jak sama twierdziła, gdyż dysponowała temperamentem publicystycznym, „który skupia się na przekazywaniu prawdy i uczulaniu ludzi na atakujące Polskę i Europę wcielone zło”. „Najważniejsze w życiu każdego człowieka jest zachowanie równowagi. Nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. Bo inaczej wszyscy zwariujemy” – pisała w jednym z felietonów. Tym zasadom była wierna przez wszystkie te lata pracy w zwariowanym, zakłamanym i rozhisteryzowanym współczesnym świecie. Pisała z dystansem do otaczającej nas rzeczywistości, miała też dystans do siebie, nie zabiegała o względy polityków, ceniła sobie swoją niezależność. „Z wiekiem wypada nabierać dystansu, szczególnie jak się jest dziennikarzem. Dlatego, że tylko dzięki dystansowi możemy nie tylko oceniać, ale i przekazać odbiorcom swoje poglądy i przekazać prawdę. Nawet, jeśli jest ona gorzka" – mówiła podczas prezentacji swojego książkowego zbioru felietonów „Pod prąd”.
Przez 37 lat małżeństwa była w cieniu taty, ale jak sama mówiła – „takie były proporcje”. Talent Ryby był najważniejszy. Po jego śmierci w 2009 roku założyłyśmy wspólnie Fundację jego imienia i stworzyłyśmy nagrodę dla młodych felietonistów. Kierowała kapitułą nagrody, którą teraz osierociła.
Największa pustka jednak powstała w moim sercu. Mama była dla mnie więcej niż matką, była przyjaciółką, doradczynią, drogowskazem. I nic tej pustki nigdy nie będzie w stanie wypełnić.
Aleksandra Rybińska

fot. Marcin Pegaz/Gazeta Polska
