Dziennikarz twojego pisma dzieli się na Facebooku prywatną opinią, że artykuł innego dziennikarza w twoim piśmie jest „ch…y”. Co robisz? Zwalniasz go – bo działa na szkodę redakcji? Rozmawiasz z nim – bo czujesz, że jego zachowanie jest nie w porządku? Przechodzisz nad sprawą do porządku dziennego – bo szanujesz jego prawo do własnego zdania, zwłaszcza że wyraził je prywatnie?
Na poparcie każdego z tych rozwiązań można obecnie dobierać argumenty. Oraz przeciw każdemu. Dwa skrajne rozwiązania – zwolnienie albo machnięcie ręką – wydają się jednak błędne, bo oznaczają albo wyolbrzymienie problemu, albo zlekceważenie go. Jeśli chcesz się dziennikarza pozbyć z innych powodów, teraz masz pretekst. Ale tylko pretekst. Bo normy zachowania pracowników firm czy redakcji w serwisach społecznościowych dopiero od niedawna są w Polsce dyskutowane. Nie ma więc powodu by w sytuacji, której nie regulują wypracowane zasady, stawiać sprawy na ostrzu noża.
Gdy czytam najnowszy zbiór wskazówek dla dziennikarzy TVN i TVN24 od kierownictwa stacji, które mówią o tym, jak zachowywać się w mediach społecznościowych, nie jestem zdziwiony. W jednej z firm sam przeszedłem takie szkolenie. Wydało mi się bardzo sensowne i na czasie.
Reporter TVN24 Leszek Kabłak uważa inaczej. Na swoim facebookowym profilu zamieścił grafikę z napisem „Cenzura”. I napisał: „Szanuję moją pracę i pracodawcę, ale chciałbym, by i oni szanowali moją prywatność, bo Facebook nie jest w domenie .tvn24.pl czy .tvn.pl, a ja mam swoje zdanie na wiele kwestii i lubię je wypowiadać bez ogródek, gdy widzę jakieś absurdy czy głupotę. Rozważam w ogóle zamknięcie profilu na FB, by nikt nie mógł mnie monitorować i mówić mi, jak mam się zachowywać po godzinach”.
Czy proces, który ma na celu wypracowanie norm w internecie to droga do zaprowadzenia cenzury? Bez przesady. Pojawiają się jednak pytania, na które warto sobie odpowiedzieć. Podstawowe: Czy profil na Facebooku jest prywatny czy publiczny?
Kiedyś opublikowaliśmy w druku screenshot z facebookowej tablicy osoby, która ma blisko dwa tysiące znajomych, a jej ustawienia prywatności pozwalały na czytanie jej wpisów także nieznajomym (np. fotoedytorowi pisma). Osoba ta była oburzona, chociaż zamazaliśmy imiona i nazwiska zarówno jej, jak i osób komentujących na jej ścianie. Nie zamazaliśmy miniaturek zdjęć, dlatego niektórzy sami rozpoznali swoje miniaturki. Czy redakcja dopuściła się nadużycia? Zdania były podzielone, także wśród ekspertów.
Ci dziennikarze TVN, którzy mają kilkuset znajomych na Facebooku i uważają, że wypowiadają się w tym serwisie prywatnie, będą mówili, że zasady wprowadzone przez kierownictwo stacji ich cenzurują. To jest nieporozumienie. Zwłaszcza, że zwykle nie dba się szczególnie o ustawienia prywatności i w efekcie nasze posty są widoczne także dla znajomych naszych znajomych. Zatem jeżeli wyrazimy jakiś ciekawy pogląd – a tego można spodziewać się po dziennikarzach – przeczyta go cała masa osób zupełnie nam nieznanych. A nawet jeśli autor ustawi prywatność i wpis przeczytają sami znajomi – czy wypowiedź przestanie być publiczna przed tak szerokim gronem, nieskierowana do nikogo konkretnie? Dobitnie pokazuje ten problem cytowany Leszek Kabłak: nie jestem jego znajomym z Facebooka, w ogóle go nie znam, a jego słowa z znalazłem na stronie Wirtualnemedia.pl. Jaka więc prywatność…?
Inaczej sytuacja wygląda wtedy, gdy dziennikarz dba o swoją prywatność i ma niewielkie grono znajomych na Facebooku, a posty publikuje wyłącznie dla nich. Wtedy wśród znajomych nie ma najpewniej ani swojego naczelnego, ani prezesa. Może pozwolić sobie na więcej swobody. Ale nie oszukujmy się – nadal będzie dziennikarzem identyfikowanym z redakcją, którą publicznie reprezentuje. Musi być odpowiedzialny za słowa.
Jakub Halcewicz-Pleskaczewski
